"Opowiedzcie nam o przyszłości" - prosimy  Mary Komasę, Annę Gacek, Barbarę Welento, Kasię Borkowską, Jankesa, Paulinę Klepacz, Belę Komoszyńską, Olkę Osadzińską i same dodajemy coś od siebie. Jakie wizje przyszłości zamknięte w literaturze, muzyce i filmie, nami wstrząsnęły? Albo przeciwnie – które uspokoiły i dały nadzieję? Oto one. Przypominamy z okazji Dnia Ziemi.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

31 edycji ELLE z całego świata (w tym ELLE Polska) świętuje 50. Światowy Dzień Ziemi specjalnymi zielonymi numerami. "Ta ogólnoświatowa operacja jest zgodna z obietnicą ELLE z ostatnich 75 lat dotyczącą jej wartości i jej DNA: wspierania kobiet w zmianach w naszych społeczeństwach. Dziś bardziej niż kiedykolwiek, dzięki sile naszej sieci, naszym obowiązkiem jest wspieranie działań ekologicznych podejmowanych w trosce o klimat. Zarówno dobrą wolą, jak i działaniami" - mówi Constance Benqué, CEO, ELLE International. Przy okazji zachęcamy Was serdecznie do używania hasztagów #EarthDay #StandforEarth #WomenForEarth #ELLEGreenIssue. @elleinternational #mojeelle

Post udostępniony przez ELLE Poland (@ellepolska) Kwi 22, 2020 o 4:48 PDT


„BĘDZIEMY BARDZIEJ CZULI DLA NAS SAMYCH?”

MARY KOMASA – piosenkarka, kompozytorka, autorka tekstów

„Powrót z Gwiazd” Stanisława Lema to opowieść o astronaucie, który wraca z wyprawy w Kosmos na Ziemię, na której minęło półtora stulecia. Astronauta próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Ludzkość bardzo się zmieniła. Przede wszystkim to, co mnie uderzyło jako pewne proroctwo Lema, to fakt, że ludzie nie wiedzieli, jak sobie poradzić z emocjami. Wszyscy mieszkańcy Ziemi byli poddani betryzowaniu, czyli pozbawieni agresji, ale co za tym idzie, również wszystkich innych emocji. Ludzie zamienili się de facto w istoty bez uczuć. Skupione tylko na konsumpcji oraz ciągłym udoskonalaniu swojego komfortu życia. Jedyną osobą, która nie była poddana zabiegowi betryzacji był Astronauta. Ziemia dla niego paradoksalnie stała się obcą planetą. Główny bohater musi na nowo zdefiniować sens swojego życia w miejscu, które tak bardzo nie przypomina mu Ziemi, którą kiedyś opuszczał.

Myślę, że Lem jako futurysta potrafił być niewiarygodnie czujny na pewne lęki ludzkie, które mamy. I chociaż ta książka została napisana w 1960 roku w Zakopanem, czytając ją miałam poczucie, ze dotyka dokładnie tego, co dzieje się z naszym światem. Ludzie coraz bardziej uciekają od własnych emocji. Nie potrafią się ze sobą komunikować. Już dawno uciekliśmy w wirtualny świat. Myślę, że po pandemii będzie ciężko nam wrócić na Ziemię, jaka pamiętamy. Mogę tylko mieć nadzieję, że będziemy bardziej czuli dla nas samych i będziemy dbać o kontakt z drugim człowie-kim.

„NIE MA SIĘ CZEGO BAĆ”

ANNA GACEK – dziennikarka muzyczna

Słucham w tych dniach albumu „Pure Comedy” Father Johna Misty’ego. Płyty ironicznej, gorzkiej, przerażonej i rozbawionej jednocześnie gatunkiem ludzkim na tej „bezbożnej planecie, która odmawia rozpadu”. Technologie, polityka, chciwość, naiwność, głupota, cały kalejdoskop współczesności w pięknych piosenkach. Szlachetne melodie i aranże tak pięknie kontrastują z umiarkowaną szlachetnością rzeczywistości wokół. Ostatnie słowa tego albumu to „Nie ma się czego bać”, powtarzane wielokrotnie. Nie umiemy usłyszeć ich teraz w sobie. Więc niech ktoś zaśpiewa je nam.

"PRZYSZŁY PO NAS DUCHY LASU"

MARTA KOWALSKA – redaktor prowadząca ELLE.pl

Tak, czytam Huxley'a, Orwella, Lema, Tofflera, wyszukuję artykuły znanych i mniej znanych futurystów, ale nie mogę powiedzieć, że poprawia mi to nastrój. Swoją piękną prywatną utopię znalazłam gdzie indziej - w animacji "Księżniczka Mononoke" Studia Ghibli. To poetycka historia, która w warstwie wizualnej drży każdym źdźbłem trawy, a w fabule opowiada o tym, co nam się przytrafi, jeśli nie będziemy pilnować odwiecznych zdrowych proporcji. Twórca filmu Hayao Miyazaki wprowadza nas w rzeczywistość wojny między mitologiczną naturą z ekspansywną cywilizacją, gdzie zachładnność ludzi ściąga na nich zemstę nieprzejednanych demonów przyrody. Brzmi jak metafora współczesności? Biorąc pod uwagę potencjalne powody wyklucia się koronawirusa i nagrania z mokrego targu w Wuhan, być może. Ale "Księżniczka Mononoke" nie jest moralitetem. Każdy z tych światów reprezentują bohaterowie: po stronie pierwotnego świata stoi odważna San wychowana z wilkami, po stronie imperium zdeterminowana Eboshi i jej wojska. To nie jest prosta przypowiastka ekologiczna, tu oba światy tracą, bo nie potrafiły koegzystować. Sprawiedliwość wymierza Duch Lasu symbolizujący uniwersalne bóstwo, ale natura też święta nie jest, wymaga panowania rozsądnych ludzi. Nadzieję przynosi Ashitaka, próbujący pogodzić oba światy, szanujący żywioł przyrody, ale po ludzku świadomy konieczności postępu i rozwoju. Obejrzyjcie "Księżniczkę Mononoke", żeby przejrzeć się w postaciach jak w lustrze. To bohaterowie naszych czasów, szczególnie tej rzeczywistości, na którą patrzymy dziś przez okna i barierki balkonów. A Ashitaki będę szukała w sobie, w politykach, aktywistach i w każdym z nas, kiedy już będziemy mogli się spotkać w nowej rzeczywistości.

"NIE PALMY RĘKOPISÓW"

MAJA CHITRO, dziennikarka

Co będę robić jutro? Pewnie to samo, co każdego dnia od kilku tygodni: poranna kawa, praca nad tekstem, wywiad, przyglądanie się z okna pustym parkowym uliczkom, po których nie chodzi nikt. Może jedna, dwie osoby (w odpowiednich odstępach) biegnące do domu z zakupami, ile sił w nogach. Pewne rzeczy weszły już w fazę automatyzmu, co przypomina mi moją ulubioną książkę „Rok 1984” George’a Orwella. To antyutopia, która wydana została w 1949 roku. W tej wizji państwo kontroluje każdy krok obywateli, ich myśli i wspomnienia. My coraz bardziej w tym świecie żyjemy. Przypomina mi również o „Nowym wspaniałym świecie” Aldousa Huxleya, opublikowanym jeszcze wcześniej, bo w 1931 roku. Niezwykłe, jak brytyjscy pisarze rozwikłali przyszłość. „Nowy wspaniały świat” oczywiście jest nowy, ale z pewnością nie wspaniały. Dzieje się w 2540 roku i ogranicza prawa jednostki. Nie ma chorób. Nie ma biedy. Nie ma starości. Nie ma wolności. Nie ma szczęścia. Jest za to równość. Identyczność. Huxley przewiduje, że w imię konsumpcji łatwo oddamy swoje wszystkie prawa, emocje, więzi, przywiązanie – to uznawane jest za haniebne! Wszystko powszednieje, największe zło staje się czymś naturalnym. Normalnym – brrr. Czy czegoś wam to nie przypomina? Trochę tę przyszłość już tworzymy. To literackie wizje, o których często myślę. Moje ulubione? Ciężko powiedzieć, bo wciąż mam nadzieję, że jednak w całości się nie spełnią. Pisarze, muzycy, filmowcy przyszłość widzą różnie. Najczęściej niestety w ciemnych odcieniach szarości, ale każda ich obserwacja ma przełożenie na teraźniejszość – nasze postawy, decyzje, poświęcenie lub jego zdecydowane odrzucenie. Warto ich słuchać, rozumieć, a w rezultacie próbować coś zmieniać. Bo tylko od nas zależy jak przyszłość się ukształtuje. Nie zrobi tego sama – zrobimy to my, naszymi rękoma. Oglądajmy filmy i dokumenty, słuchajmy muzyki i mądrych ludzi, czytajmy książki i magazyny. Aby nigdy nie powtórzyła się jedna z najbardziej przerażających wizji przyszłości zamknięta w powieści Raya Bradbury’ego „451 stopni Fahrenheita”, malującej świat, w którym pali się wszystkie książki, zabija wiedzę i myślenie, a w efekcie nasze dusze i moralność. Bez tego kontrola i sterowanie nami będzie już bardzo proste…

„HEJ! JESTEM GOTOWA”

BASIA WELENTO – współwłaścicielka Vegan Ramen Shop

Moim tematem na maturze ustnej ponad 10 lat temu były „Katastroficzne wizje i obrazy zagłady w dziełach literatury i filmu”. Klimaty cyberpunku i postapokaliptyczne obrazy świata są ze mną od tak długiego czasu, że można powiedzieć: „Hej, jestem gotowa!”. Jak zwykle, ciężko wybrać jedną historię, ale najciekawsze do opisania wydaje mi się anime z 2006 roku – „Ergo Proxy”. Akcja rozgrywa się na Ziemi zniszczonej wojnami i po klimatycznej zagładzie. Jedynym miejscem nadającym się do życia przez ludzi jest supernowoczesne, zamknięte sztuczne miasto, w którym społeczeństwo znajduje się pod ścisłą kontrolą władz. Życie w nim wydaje się jednak spokojne, sterylne i harmonijne. Każdemu człowiekowi służy zaprogramowany android stworzony do pomocy przy codziennych zadaniach. Dystopijną idyllę burzy seria morderstw dokonywanych przez domowe androidy, które zostają zainfekowane przez tajemniczego wirusa, który obdarza je… ludzką świadomością. Wirus niszczący dotychczasowy porządek? Sztuczna inteligencja, tona odnośników do popkultury, filozofii i mroczny klimat. Najlepszy czas na odkrycie na nowo tej produkcji. 

„NOWY POCZĄTEK? WIELKA NIEWIADOMA”

KASIA BORKOWSKA – producentka, PR manager & JANKES – dziennikarz radiowy

Wybraliśmy film „Arrival: Nowy początek” w reżyserii Denisa Villeneuve z pięknymi rolami Amy Adams i Jeremy’ego Rennera. Zdjęcia, muzyka i klimat – mistrzostwo świata. Musimy dziś do ni-go wrócić, bo niesie ze sobą tony przekazu, tony treści, szczególnie tych do przeanalizowania. To film futurystyczny, są w nim obcy, statki kosmiczne, ale obraz ten przede wszystkim bazuje na podstawowych ludzkich tematach. Nie ma tu gwiezdnych wojen, bitew o przetrwanie Ziemi. Są za to emocje i to, o co w życiu chodzi – zrozumienie, otwartość, uczucie. 

Zaczyna się od lądowania na ziemi 12 tajemniczych obiektów, w różnych miejscach: od Chin, przez Rosję i Europę, po Stany Zjednoczone. Nikt nie wie dlaczego się pojawiły, dlaczego unoszą się nisko nad ziemią. Do rozwiązania zagadki władze amerykańskie delegują Dr. Louise Banks, profesor lingwistyki graną przez Amy Adams. Ta specjalistka od języka ma rozszyfrować to, co komunikują przybysze – o co im chodzi, dlaczego się tu zjawili. Początkowo wszystkie państwa na świecie ze sobą współpracują: organizują telekonferencje z udziałem najważniejszych generałów, prezydentów. Po jakimś czasie, tak jak w rzeczywistości bywa, każdy znajduje swój sposób: albo chcą zniszczyć statki – Chiny z Rosją planują je ostrzelać, albo kontynuować rozmowy. Dochodzi do konfliktu między państwami, przestają wymieniać się informacjami. Wszystko przypomina klimatem to, co dzieje się teraz na świecie. Kanały telewizyjne nadają na bieżąco komentując kolejne dane związane z rozwojem pandemii, wprowadzany jest element paniki, stresu, nakręcanie wielkiej niewiadomej. Emocje, z którymi dziś mamy do czynienia i z którymi musimy nauczyć się radzić. Ten film nabiera dzisiaj nowego znaczenia, pozafilozoficznego. Sprawa dotyczy całego świata – zupełnie jak w obrazie. Ludzie powinni się w tej trudnej sytuacji jednoczyć. I funkcjonować normalnie – bo to jest nasza siła. Darem kosmitów dla ludzi w „Arrival: Nowy początek” jest jeden język, którym możemy się porozumiewać. Oby nasza przyszłość wyglądała tak, że w trudnych sytuacjach nauczymy się być razem, rozmawiać, wspierać się, bo z burzenia wspólnoty nigdy nic dobrego się nie narodzi. 

Z drugiej strony przeraża nas wizja z książki Margaret Atwood „Opowieść podręcznej”, tak sugestywnie pokazana w serialu. Ten futuryzm jest wstrząsająco realny, szczególnie w dobie społeczeństw podążających ścieżkami ekstremalnego konserwatyzmu. U Atwood też wszystko zaczyna się od katastrofy: brakuje jedzenia, ludzie chorują, kobiety są bezpłodne. Co robi z tym człowiek? Wykorzystuje to w niecny sposób, niestety z religią na ustach. Obyśmy nigdy nie doczekali takiego piekła na ziemi.
https://youtu.be/-9Tp_BbvVko 

„SERCE MOŻE BOLEĆ, KIEDY SYSTEM OPERACYJNY PADNIE”

PAULINA KLEPACZ – pisarka, redaktor naczelna feministycznego magazynu „G’rls ROOM”

Ze względu na moje zainteresowanie seksualnością i relacjami międzyludzkim ciekawe są dla mnie dwa filmy „Ona” (ang. Her) i „Blade Runner 2049”. Także dlatego, ponieważ przedstawiają wizje bliskie naszej obecnej rzeczywistości, postępowi technologicznemu i kierunkowi, w którym rozwija się szeroko pojęty przemysł erotyczny. W pierwszym z filmów główny bohater Theodore po rozstaniu z żoną zakochuje się w systemie operacyjnym o imieniu Samantha, który przemawia do niego głosem Scarlett Johansson. Samantha towarzyszy Theodore’owi w jego codziennym życiu, opowiada mu historie do snu i budzi go rano, rozmawia z nim, pociesza go, po prostu go rozumie. A także wypełnia pustkę w życiu bohatera, który nie znajduje miłości w realnym świecie. Film miał premierę w 2014 roku, w 2015 Microsoft na rynek chiński wprowadził zaś chatbota Xiaolce – wirtualną przyjaciółkę, którą zapracowani Chińczycy pokochali. Xiaolce zachowuje się podobnie jak Samantha, nic więc dziwnego, że użytkownicy zaczęli inwestować czas i emocje w nawiązywanie relacji z tym systemem. Z kolei w filmie „Blade Runner” mamy do czynienia ze związkami an-droidów z hologramami wyposażonymi w sztuczną inteligencję. Co też nie jest tak znowu futurystyczne, bo w Japonii już mają miejsce śluby ludzi z hologramami. Dodajmy do tego coraz bardziej zaawansowane gadżety erotyczne pozwalające uprawiać seks na dalekie dystanse, technologię VR, która działa na zmysły i zapośrednicza uprawianie seksu czy coraz bardziej doskonałe seksroboty. Z jednej strony można więc trochę obawiać się takiej niedalekiej przyszłości, z drugiej strony jest to fascynujące, jak my ludzie zachowamy się wobec maszyn. Czy relacje z nimi doprowadzą nas do większej izolacji, odsuną od kontaktów cielesnych? Wszak przedstawicielki i przedstawiciele pokolenia Z coraz rzadziej uprawiają seks, a coraz więcej czasu spędzają w sieci. Czy może rozwój technologii będzie wyrównaniem szans, zaspokoi głód seksualny i emocjonalny tych, którym nie udaje się zaspokoić swoich potrzeb w realnym świecie? Myślę, że dowiemy się już wkrótce. Ale jak pokazuje historia z filmu „Ona” czy „Blade Runner” uczucia, które inwestujemy w relacje z syste-mami czy hologramami, mogą być jak najbardziej rzeczywiste a serce może boleć, kiedy system operacyjny padnie. 
https://youtu.be/flBKe2l_esY 

„KIEDYŚ ZNÓW NAPIJEMY SIĘ SANGRII W ULUBIONYM PARKU”

BELA KOMOSZYŃSKA – frontmanka Sorry Boys, piosenkarka, autorka tekstów

To zadziwiające, że większość kulturowych wizji przyszłości to wizje katastroficzne. Jeśli miałoby to zadziałać jako samospełniająca się przepowiednia, powinniśmy częściej inspirować się „Imagine” Johna Lennona. A ja mam dziś ulubioną wizję przyszłości zawartą w piosence „Perfect Day” Lou Reeda. Kiedyś znów napijemy się sangrii w naszym ulubionym parku, beztroscy, szczęśliwi. I będzie to bardzo niedługo. 
 

„PRZYSZŁOŚĆ JEST TERAZ”

OLKA OSADZIŃSKA – artystka ilustratorka

O ile nigdy nie byłam wielką fanką filmów o superbohaterach (z wyjątkiem Batmana, a później Black Panther), o tyle filmy dziejące się w przyszłości były lwią częścią mojej popkulturowej edukacji i na pewno mocno mnie ukształtowały. „Gwiezdne Wojny”, „Terminator”, „Bladerunner”, „Matrix”, „Mad Max” i myślę, najważniejszy dla mnie w tej kategorii „Piąty Element” wpłynęły na mnie i pod kątem wyobrażeń na temat przyszłości i jej wizualnej strony. XXIII wiek, akcja rozpo-czynająca się w egipskich piramidach, krajobraz jak z Nowego Jorku z samochodami latającymi na wysokości wszystkich pięter wieżowców i Milla Jovovich jako Leeloo – piąty element, łączący klasyczne cztery. Myśl przewodnia filmu, zasmucenie Leeloo tym, co się wydarzyło i nadal dzieje się na naszej planecie, podsumowane myślą „Jaki jest cel w ratowaniu ludzkiego życia, jeśli widzę co z nim robicie?”, jest jednym z najlepszych komentarzy i sugestii – zastanówmy się co robimy i jak.
Piąty element, w filozofii i alchemii – przestrzeń, coś, co w medytacji eksplorujemy w sobie, prze-rwa między oddechami, zrozumienie, że jesteśmy połączeni ze sobą i ze wszystkim, co nas otacza w jednym układzie oddechowym: wydychający i wdychający to samo powietrze, niezależnie od rasy, płci, orientacji seksualnej i wieku, jest na pewno tym, o czym warto pamiętać.

Może nie być to przestrzeń kosmiczna i przestrzeń między latającymi samochodami, jak w filmach sci-fi, ale jest przypomnieniem, że przyszłość jest teraz – wie to każdy, kto wybrał się do Berghain, berlińskiego klubu techno, który wygląda jak scenografia Blade Runnera z postaciami przypomina-jącymi kostiumy z Piątego Elementu. Pamiętajmy o tym, by nasza przyszłość nie była przyszłością scenografii „Mad Maxa”.