Zagrałaś uwodzicielską, czystej krwi femme fatale w „Ach, śpij, kochanie”. Kobietę na skraju załamania w „Botoksie”. Za chwilę, w „Kobietach mafii” – żonę gangstera, przerysowaną i krzykliwą. Masz w sobie te wszystkie typy kobiecości?

Katarzyna Warnke: Aktorstwo, które chcę uprawiać, polega na przemianie, do której punktem wyjścia zawsze jest moja emocjonalność. Wierzę, że każdy z nas nosi w sobie zalążki wielu osobowości i że to przeżycia, okoliczności, spotkani ludzie nas kształtują, tak że w końcu jesteśmy tą konkretną osobą, choć moglibyśmy się stać wieloma innymi. Teraz przygotowuję się do roli zawodniczki MMA. Ścinam włosy na krótko, zaczynam treningi, będę grać fighterkę. Ale czy to pozbawi mnie kobiecości? Zobaczymy. Będę chłopczycą, co jest ciekawe, bo jeszcze nigdy nią nie byłam, choć czuję, że mam w sobie element chłopca.

Jak sobie poradziłaś z bezprecedensowym wybuchem popularności i krytyki wokół „Botoksu”?

Praca nad tą rolą była dla mnie dużym wyzwaniem, musiałam zmierzyć się z paletą trudnych, często traumatycznych emocji. Podczas premiery byłam zbyt przejęta, żeby zdobyć się na dystans, przez połowę filmu nie podobałam się sobie. Napięcie ustąpiło, kiedy pojawiły się najtrudniejsze dla mnie sceny. Poczułam, że się udało. Bankiet po premierze był prawdziwym świętem, ale już na drugi dzień zaczęły pojawiać się druzgocące recenzje, w których, o dziwo, mnie oszczędzano, a nawet chwalono. Na premierach w Poznaniu i w Pile spotykałam się z gorącym przyjęciem widzów. Jednocześnie mierzyłam się 
z negatywnymi opiniami krytyków na temat filmu. To bardzo dziwne doświadczenie, prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Próbowano mnie rozliczać z poglądów. Cóż, różnimy się z Patrykiem Vegą światopoglądem i od kiedy dostałam tę rolę, wiedziałam, że będziemy musieli wypracować kompromisowe rozwiązania – na tym polegała nasza praca podczas prób, nad scenariuszem. Mam poczucie, że to się sprawdziło. I dlatego mogę powiedzieć, że jestem dumna z tej pracy.


Grałaś w spektaklach Krystiana Lupy, Jana Klaty, Grzegorza Jarzyny. A teraz w filmach Patryka Vegi. To się nie wyklucza wizerunkowo?

Nie, wręcz mam poczucie, że u Vegi grałam metodami wypracowanymi u Lupy. Jako aktorka jestem ukształtowana, pewne rzeczy już udowodniłam. Czuję się pewnie, jeśli chodzi o warsztat aktorski, zresztą uczyłam się od najlepszych. Nie obrażam się, kiedy ludzie mówią, że jestem celebrytką i nic nie robię, tylko chodzę po czerwonych dywanach. Po prostu nie wiedzą, że 15 lat spędziłam w najlepszych zespołach teatralnych i jeździłam na międzynarodowe festiwale. Show-biznes jest przecież przestrzenią kierowaną do masowego odbiorcy, raczej niezainteresowanego sztuką i teatrem, zresztą przestrzenią szalenie dowcipną. Tak, show-biznes jest żartem. Przecież nikt nie mógłby tego traktować poważnie…


Nie obrażasz się za „celebrytkę”, co jest dosyć rzadkie w polskim show-biznesie.

Nie dziwi mnie nic, co się wokół mnie dzieje, wszystko jest przemyślane. Założyłam, że mój wizerunek będzie się kojarzyć ze zmysłowością, z kobiecością, feminizmem, niezależnością. Urodą i seksapilem rozumianymi jako narzędzia, a nie treść. Wydobycie i podkreślenie pewnych moich cech na potrzeby wizerunku miały też wpływ na mnie, osadziłam się w tym, ukształtowałam jako kobieta, już nie dziewczynka.

A Twoja odważna zmysłowość? Jest wymyślona na potrzeby wizerunku, czy to prawdziwa Ty?    

Uważam, że zmysłowości się nie da zagrać. A jeśli ktoś gra, to nie jest zmysłowość, tylko wyuzdanie. Sensualność to rodzaj emanacji, trzeba to mieć w środku. Seksualność jest dla mnie ważna, szanuję ją, dlatego odcinam się od pornografii. Jestem przeciwna uprzedmiotowieniu, bo seks jest dla mnie formą najintymniejszego kontaktu z drugim człowiekiem. Nawet jeśli to jednorazowa sytuacja, może ona być ważna. Takie stawianie sprawy wydawało mi się o wiele ciekawsze niż powierzchowne relacje, ale też dużo kosztowniejsze emocjonalnie.