W Indonezji zaczynała jako specjalistka od marketingu w restauracji, chociaż przyznaje, że jej głównym atutem była europejska uroda, która miała zachęcać gości do odwiedzin. Lista jej prac jest długa. Podróżując po świecie, kelnerowała, sprzątała biura, rozdawała ulotki, zaliczyła nawet kilka dni na zmywaku. „Jak znosisz tego typu robotę?" — pytam Emilkę. „Takie życie, co zrobić" — mruga okiem. „Mogłam zostać w Polsce i ambitnie piąć się po szczeblach kariery albo — jak to się mówi — szorować kible w Skandynawii i spełniać swoje marzenia, bo od razu wiedziałam, że to tylko przejściowy etap. I oto jestem sama sobie szefem, raptem kilka lat od tamtych mało ambitnych posadek. Warto było! Pracuję na własny rachunek, chodzę spać późno i wstaję, o której mi się podoba — tego brakowało mi najbardziej, kiedy zasuwałam na etacie. Najczęściej pracuję na laptopie, wisząc popołudniami, jak upał już trochę ustąpi, w hamaku za domem w towarzystwie kota Yody. Z niczego doszłam do czegoś, choć muszę dodać »doszliśmy«, bo bez mojego partnera nie byłoby o tym mowy". Choć Emi strzeże swojej prywatności, na jej profilu na Facebooku zdarza się zobaczyć ją uśmiechniętą z Aldym — artystą, z którym prowadzi art and coffee house Luwabica. To trudny etap w podróży, gdy z turysty stajesz się tubylcem.

— Kiedy przeprowadziłam się do Australii, okazało się, że moje doświadczenie zawodowe się nie liczy — wspomina Julia Raczko. Przez pół roku pomagała Samowi remontować dom, w którym zamieszkali, i żartuje, że malując ściany, czuła się jak prawdziwy polski emigrant. Ale nie było jej wtedy do śmiechu. — Szukanie pracy w telewizji okazało się totalną porażką — nie ukrywa. — Niestety, musiałam podwinąć ogon, zrobić 10 kroków wstecz i pójść do kawiarni parzyć kawę. Tak się złożyło, że potrzebowali tam kogoś do marketingu. Krok po kroku doszła do tego, co robi teraz — pracuje zdalnie jako specjalistka od social mediów, głównie dla klientów w Australii.