"Tak naprawdę cała ta Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma ani takiego kraju, ani takich ludzi" — uważał Oscar Wilde. Rzeczywiście, jest to miejsce pełne tylu niespodzianek, dziwactw i atrakcji, że dopóki nie zobaczy się ich na własne oczy, można powątpiewać w autentyczność Japonii. Bo gdzie indziej licząca kilka tysięcy lat tradycja spotyka się z najnowszą technologią, a w sklepach z kimonami klientów obsługują tańczące roboty? Gdzie istnieją kawiarnie, do których idzie się nie po to, żeby napić się kawy, ale... by głaskać jeże? Gdzie większość ulic nie ma nazw ani nawet numerów?

Pierwsze (i najmocniejsze) zderzenie z tą nieporównywalną do żadnych innych kulturą następuje w Tokio. Wszystko jest tam kolorowe, mocne, intensywne. W książce „Japoński wachlarz. Powroty" Joanna Bator nazywa Tokio „miastem niemożliwym" i przywołuje absurdalną rozmowę z japońskiego filmu, którego tytułu nawet nie pamięta. „— Tokio jest jak Mars — mówi bohater w jednej ze scen. — Ta daleka planeta? — upewnia się bohaterka. — Nie, jak batonik Mars. — Dlaczego? — pyta dziewczyna. — Nie wiem — odpowiada jej rozmówca".

24 godziny na dobę

Stolica Japonii zadziwia i robi wrażenie na każdym kroku i o każdej porze. Za dnia — monumentalnością wieżowców, pośród których jak mrówki przemykają spieszący się do pracy tokijczycy w nieodłącznych białych maseczkach higienicznych na twarzach (chronią przed smogiem i zarazkami). Nocą — feerią barwnych neonów i telebimów, które rozświetlają gęsto zaludnione ulice. Bo Tokio nigdy nie zasypia. Japończycy słyną z pracoholizmu, stąd centra handlowe są tam czynne do późnych godzin nocnych, a minimarkety, np. popularnej sieci 7-Eleven — nawet całą dobę. Zwłaszcza w biznesowych dzielnicach, jak Ginza, Shinjuku czy uwielbianej przez komputerowych geeków Akihabarze, zwanej Elektrycznym Miastem. Obok sklepów z gadżetami i sprzętem elektronicznym oraz salonów gier, tzw. pachinko, stoją automaty, tyle że nie z napojami energetycznymi, ale z białymi koszulami. Na wszelki wypadek, gdyby któryś z graczy stracił rachubę czasu i okazało się, że jest już dzień i pora iść do pracy. Tokio uchodzi za najbardziej zatłoczone miasto świata. Można to odczuć w metrze, którym codziennie przemieszcza się średnio osiem milionów osób, a także na najruchliwszym na świecie przejściu dla pieszych w dzielnicy Shibuya. Każdego dnia pokonuje je dwa i pół miliona przechodniów. Shibuya to też modna okolica, pełna sklepów, knajp i barów karaoke. Do skrzyżowania przylega plac Hachiko, miejsce spotkań młodych tokijczyków. Znajduje się tu pomnik słynnego w całym kraju psa, który przez 10 lat czekał na swojego zmarłego pana.

Kawaii, vintage i jeże

Tłumy turystów i tubylców ciągną też do dzielnicy Harajuku, a zwłaszcza na ulicę Takeshita. Ma ona zaledwie 400 metrów długości, a mieszczą się przy niej niezliczone stragany, minicentra handlowe i niewielkie butiki, w których można kupić wszystko — od ubrań i dodatków z Hello Kitty i postaciami z mangi, bardzo kawaii (ulubione słowo Japończyków, odpowiednik angielskiego „cute", czyli słodkie, urocze), po kosmetyki wybielające, klipsy podnoszące powieki i akcesoria do prostowania nosa. Japończycy, a szczególnie Japonki, mają obsesję na punkcie europejskiego kanonu urody i często próbują się do niego zbliżyć, korzystając z takich gadżetów. Rajem dla fanów mody jest centrum handlowe Laforet, które oferuje ubrania i dodatki japońskich projektantów (m.in.: Issey Miyake, Comme des Gallons, Yohji Yamamoto) i światowych marek. Harajuku jest też prawdziwym wybiegiem japońskiej mody ulicznej. W „Japońskim wachlarzu" Joanna Bator wspomina, że podczas pierwszego pobytu w Tokio w każdą niedzielę szła na betonowy mostek Jingu, gdzie odbywała się parada cosplayerów — misternie przebranych młodych fanów mangi i anime. Dziś jest ich mniej, ale wciąż chętnie pozują do zdjęć, prezentując dopracowane stylizacje na gothic lolitę, Czarodziejkę z Księżyca czy francuską pokojówkę.

Mniej oblegana przez turystów, a równie ciekawa, nie tylko pod względem zakupów, jest Shimokitazawa. To dzielnica hipsterów i artystów, pełna antykwariatów z książkami i komiksami, sklepów vintage i minigalerii. Można tam upolować za niewielkie pieniądze używane kimona i ubrania czołowych projektantów w świetnym stanie. Miłośnicy sztuki i architektury współczesnej powinni zajrzeć do dzielnicy Roppongi, gdzie znajduje się Narodowe Centrum Sztuki. Nie posiada ono własnej kolekcji, ale regularnie organizuje interesujące wydarzenia, jak trwająca właśnie retrospektywa Yayoi Kusamy (do 22 maja) czy wystawa Alfonsa Muchy (do 5 czerwca). Roppongi to również oblegane przez turystów centrum życia nocnego, pełne dyskotek, klubów i barów. Kolejki ustawiają się np. do kawiarni Harry, gdzie oprócz wypicia kawy można pobawić się z jeżami (harinezumi-cafe.com). Ta przyjemność kosztuje około 10 dolarów. To kolejne takie miejsce po popularnych w Tokio kawiarniach z kotami, sowami, małpami czy pingwinami. Spragnieni mocniejszych wrażeń mogą zajrzeć do baru Alcatraz ER w Shibuyi, który wygląda jak skrzyżowanie szpitala z więzieniem. Kelnerki przebrane za pielęgniarki serwują tam drinki w strzykawkach.

Festiwal smaków
Tokio, jaki cała Japonia, to raj dla smakoszy. Lokalna kuchnia uchodzi za najzdrowszą na świecie. W książce „Japonki nie tyją i się nie starzeją" Naomi Moriyama pisze, że średnia długość życia kobiet wynosi tam 85 lat. Młody wygląd i szczupłą sylwetkę Japonki zawdzięczają diecie opartej na siedmiu podstawowych składnikach: rybach, warzywach, owocach, soi, ryżu, makaronie i zielonej herbacie. Japończycy sporo gotują w domu, ale też chętnie jedzą na mieście. Warto więc wybierać miejsca uczęszczane przez „lokalsów" albo polecane przez turystów na aplikacjach takich jak Foursquare czy TripAdvisor. Nie ma co się obawiać, jeśli menu jest tylko po japońsku. Przed wieloma knajpami stoją witryny z plastikowymi atrapami potraw, które wyglądają jak prawdziwe i mają pomóc „gaijinom" (tak Japończycy nazywają cudzoziemców) w złożeniu zamówienia. Sushije się pałeczkami lub palcami, sashimi - tylko pałeczkami. Najlepiej smakuje z odrobiną wasabi i sosu sojowego, podane w zestawie z zupą miso i zieloną herbatą.

Na liście przysmaków, których koniecznie trzeba spróbować, jest ramen (japoński rosół z makaronem i dodatkami, m.in. jajkiem na twardo), udon (gruby pszenny makaron podawany w bulionie, często z dodatkiem warzyw i owoców morza w tempurze), yakitori (szaszłyki z mięsa, ryb, owoców morza), wagyu (wołowina, jej najdroższym wariantem jest ta z Kobe), okonomiyaki (zwany japońską pizzą placek z jajek i mąki z dodatkami i ze słodkim sosem, tradycyjne danie z okolic Hiroszimy) i sushi. A raczej sashimi, czyli kawałki świeżej ryby, serwowane w najprostszej postaci, na ciepłym ryżu z odrobiną wasabi i sosu sojowego, w towarzystwie zupy miso i zielonej herbaty. Najlepiej smakuje na tzw. outer market, tuż przy targu rybnym Tsukiji. To na nim wczesnym rankiem odbywają się aukcje tuńczyków, które potem są dostarczane do najlepszych restauracji w Tokio. Aby się na nie załapać, trzeba zgłosić się do centrum informacji przy Kachidoki Gate, gdzie już przed piątą rano zaczyna ustawiać się kolejka. Na aukcję są wpuszczane dwie 60-osobowe grupy dziennie, a chętnych jest zwykle znacznie więcej. Z kolei restauracje i stragany przy targu są czynne do południa lub wczesnych godzin popołudniowych.

Drugie oblicze

Zupełnie inny klimat panuje w dawnej stolicy Japonii, Kioto. Jest ono jeszcze bardziej oblężone przez turystów niż Tokio (szczególnie w okresie kwitnienia wiśni, podczas święta hanami, na przełomie marca i kwietnia), ale ma się wrażenie, że czas się tam zatrzymał. Mieszkańcy chodzą po ulicach w tradycyjnych kimonach, na każdym kroku wyrastają świątynie buddyjskie (w całym mieście jest ich aż 1600!), a w zaułkach słynnej dzielnicy Gion z charakterystycznymi czerwonymi lampionami można spotkać gejsze. Choć nie jest to łatwe, bo się ukrywają, a poza tym łatwo pomylić z nimi przebrane i ucharakteryzowane turystki, które korzystają z oferowanego w Kioto tzw. Maiko Experience. Jak więc rozpoznać prawdziwą gejszę? Oprócz niechęci do zdjęć — po włosach (gejsza nigdy nie nosi peruki) i wąskim fragmencie niepomalowanej skóry na karku.

Będąc w Kioto, warto odwiedzić bambusowy las w pobliskiej miejscowości Arashiyama. To jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w całej Japonii. Niedaleko Kioto leży Nara, której największą atrakcją turystyczną oprócz świątyń (m.in. imponującej Todaiji z 16-metrową statuą Buddy) są mieszkające w tamtejszym parku jelenie. Można je też spotkać na słynącej z malowniczych przypływów i odpływów wyspie Miyajima tuż przy Hiroszimie, oddalonej od Kioto prawie 360 km. Pokonanie tego dystansu superszybkim (i punktualnym co do minuty) pociągiem shinkansen zajmie nam zaledwie półtorej godziny. Nie ma drugiego miejsca na świecie, gdzie tradycja i nowoczesność byłyby tak blisko siebie jak w Japonii.

Przydatne informacje:

Kiedy jechać?
Najlepiej wiosną, od marca do maja, albo jesienią, od września do listopada.
Gdzie spać?
Ciekawostką może być nocleg w hotelu kapsułowym (od 20 euro za noc) lub w tradycyjnym ryokanie (około 40 euro za noc) czy prowadzonym przez mnichów buddyjskich pensjonacie shukubo (około 70 euro za noc). W tym ostatnim śpi się w futonie, na matach tatami, a do dyspozycji gości są onseny (łaźnie z wodą z naturalnych gorących źródeł, często z dodatkiem siarki i innych minerałów). Zatrzymując się w jednym z klasztorów buddyjskich w Koyasan, można wziąć udział w odprawianej przez mnichów porannej ceremonii.
Transport:
Bezpośrednie loty do Tokio oferuje LOT. Podróż trwa około 11 godzin. Pojedyncze bilety na transport w Japonii są bardzo drogie. Jeśli planujemy sporo się przemieszczać, warto kupić tzw. JR Pass. Uprawnia on do podróży większością pociągów, a także jeżdżącą po Tokio kolejką Yamanote czy promem z Hiroszimy na wyspę Miyajima. Należy zamówić go przed wyjazdem, najlepiej online na jrpass.com (przesyłka kurierska z voucherem przychodzi zwykle po 2-3 dniach od zamówienia) i aktywować na lotnisku lub dworcu kolejowym w punkcie JR Ticket Office. Bilet na tydzień kosztuje 239 euro, na dwa tygodnie - 380 euro.

Tekst Marta Krupińska