Kupowanie ubrań to dla mnie wielka przyjemność. Mogę godzinami chodzić po sklepach, wyszukując „perełki” dla siebie i tych, którzy powierzyli mi rolę stylistki. Moja przygoda z modą trwa już 15 lat, ale od pięciu robię ją po swojemu. Pracuję tylko nad autorskimi liniami ubrań. Ostatnio całkowicie skupiłam się na rzeczach ekologicznych. Stylowe i wygodne ubrania mojej marki Starseeds są uszyte z delikatnych, miękkich dzianin z włókien bambusa, bawełny organicznej, kawy i ze streczu. 

Detoks zakupowy - dlaczego warto na niego przejść?

Co skierowało mnie na drogę etycznej, odpowiedzialnej mody? Mieszkam w Londynie, stolicy konsumpcjonizmu. Z jednej strony można tu znaleźć rzeczy z najwyższej półki, z drugiej – ludzie kupują tony niepotrzebnych produktów. Jednocześnie w kręgach artystycznych, w opozycji do nadmiernego konsumpcjonizmu, powstał trend slow fashion. Krótko po mojej intensywnej rocznej przygodzie w domu mody Alexander McQueen poczułam, że muszę zwolnić. Zaczęłam medytować i praktykować jogę. To otworzyło mnie na bardziej świadomy i odpowiedzialny styl życia. Moją pasją stało się poszukiwanie rzeczy z metką „organic”. Potem trafiłam na koncept „zero waste” i minimalizm w gospodarstwie domowym. Z modą też przeszłam taką transformację. Nie da się być odpowiedzialnym w kilku dziedzinach życia, a zawodowo zostać przy starych nawykach. A skąd pomysł na zrobienie rocznego detoksu zakupowego? Przejrzałam na oczy! Widok tłumów ludzi przelewających się w dniu wypłaty przez Oxford Circus z pełnymi siatami nowych ubrań, które pewnie raz ujrzą światła klubów po to, by po imprezie wylądować w koszu na śmieci, zaczął mnie przerażać. W pewnym momencie, kiedy styl „zero waste” stał się ideą, do której dążyłam, a moja marka Starseeds już wystartowała, przeprowadziłam z sobą szczerą rozmowę, której efektem było żelazne postanowienie: nie będę nawet najmniejszymi zakupami wspierać „sweatshopów” (fabryk, w których ubrania powstają w nieludzkich warunkach).

Czytaj też: Sprzątanie z Marie Kondo - KonMari w nowym serialu Netflix >>>>>

W końcu zorientowałam się, że przez ostatnie lata nagromadziłam mnóstwo rzeczy, tłumacząc się sama przed sobą, że zbieram tylko te porządne i piękne – markowe i od projektantów. Stało się jasne, że mam problem z pozbywaniem się ubrań, których nie noszę albo które bardzo rzadko wkładam. Spójrzmy prawdzie w oczy – jestem zbieraczem. Mam dużo rzeczy vintage, po mamie i babci. Ponadczasowe skórzane spódnice, kolorowe toczki, setki akcesoriów, które zakładam raz na pięć lat. Wszystko ma dla mnie wartość sentymentalną i faktycznie są to rzeczy, które wracają do mody. Zrozumiałam, że nie ograniczę kupowania ubrań tak po prostu, bo mam zbyt dużo pokus i złych nawyków. Dlatego kolejnym krokiem, żeby naprawdę coś zmienić w podejściu do kupowania, musi być detoks.

Jak przestać kupować ubrania?

Zaczęłam od spisywania zasad: w 2017 roku nie kupię nawet jednej sztuki ubrania – ani nowego, ani używanego! Mój mąż też miał zakaz kupowania dla mnie. Odstępstwem od reguły miał być jednorazowy zakup biżuterii i sytuacja w podróży, gdy nagle potrzebuję czegoś ze względu na warunki pogodowe. Sprytnie to przewidziałam, bo w zeszłym roku miałam dużo wyjazdów.

Pierwszy kwartał nie sprawił mi żadnego problemu. To tylko jeden sezon w trendach – a zwykle już wcześniej wypatruję, co będzie modne. Rolą projektanta jest m.in. umiejętne korzystanie z prognoz trendów. Poznajemy je podczas targów materiałów i dodatków krawieckich, gdzie przyjeżdżają zespoły designerskie z całego świata, potem analizujemy, co przekłada się na pewną powtarzalność na wybiegach, i tłumaczymy je na własny język. Postanowiłam dołożyć jeszcze jedno ograniczenie do swojej listy zakupowego detoksu – nie mogę uszyć nic nowego poza tym, co robię dla własnej marki.

Schody zaczęły się w drugim kwartale mojego eksperymentu. W marcu skusiła mnie biżuteria. Pomyślałam wtedy, że słabo będzie z moim postanowieniem, bo do końca roku jeszcze dziewięć miesięcy. To były elfie kolczyki za ucho od lokalnego projektanta, które kupiłam podczas Bali Spirit Festival. Kiedy je zobaczyłam, uznałam, że są wprost dla mnie zrobione. Właściwie nie potrafiłam od nich odejść. A teraz, szczerze mówiąc, rzadko je zakładam, bo wyjęte z kontekstu festiwalu jogi wyglądają trochę dziwacznie… Drugi zakup był w czerwcu, kiedy wybrałam się do Peru i Boliwii. To była moja pierwsza podróż do Ameryki Południowej i nie byłam przygotowana na tamtejszy wietrzny klimat. W lokalnym butiku w Cusco kupiłam dwustronną czarno-białą pelerynę z alpaki. Klasyczna i funkcjonalna – do dziś zbieram za nią dużo komplementów. Nie wybrałam jaskrawej, która by się świetnie prezentowała na Instagramie, w świetle boliwijskiej pustyni, ale taką, którą mogę nosić i w mieście, i w podróży, i co najważniejsze – będzie służyć mi przez lata. Widziałam wtedy, że robię już jakiś postęp w podejmowaniu decyzji zakupowych. Zwykle były spontaniczne i sugerowałam się wyłącznie tym, co wprawia mnie w dobry nastrój. W ten sposób wykorzystałam wszystkie koła ratunkowe.

Czytaj też: Projekt 333 czyli jak nie zostałam minimalistką >>>

Detoks od zakupów - co jest w nim najtrudniejsze?

Ostatnie miesiące były najcięższe. Moda się zmieniła. Po raz pierwszy od dawna zapragnęłam mieć nowe dżinsy. Od ponad dekady rurki z wysokim stanem na moją figurę (krągły tyłek, wąska talia) były niezawodne. Wszystkie miałam w ciemnym kolorze. Ale w 2017 roku w Londynie nikt nie nosił rurek! Ulice zalały szerokie, kuse modele w stylu lat 80. i 90., i do tego jasne! To był dla mnie moment krytyczny. Poczułam, że wyglądam jak ktoś, kto nie ma pojęcia, co się teraz nosi – co zawodowo stawia mnie w dziwnym świetle. Gdyby nie moje modele spodni typu athleisure, nie miałabym w co się ubrać. A szafa przecież pękała! Wkręciłam się w przerabianie starych dżinsów. Poszarpałam nogawki, powybielałam i zafarbowałam niektóre fragmenty. Zrobiłam to bardziej z sentymentu do opowieści mojej mamy o latach 70., kiedy przerabiała lewisy po amerykańskich kuzynach, bo były za wielkie i za kuse, a w Polsce nie można było ich dostać. Dzięki tym opowieściom o czasach, kiedy mieliśmy niewielki dostęp do mody, udało mi się wytrwać w moim postanowieniu. Wszystko wróciło do normy, gdy mój detoks dobiegł końca. Londyńczycy zaczęli ponownie nosić rurki na przemian z szerokimi lewisami.

Po roku niekupowania oczyściłam swoją szafę i raz na zawsze pozbyłam się poczucia, że nie mam w co się ubrać. Wiedziałam już, czego nie będę nosić, więc zaprosiłam przyjaciółki i urządziłam rozdawnictwo. Ten detoks bardzo dobrze na mnie wpłynął. Przez lata pracy w modzie miałam obsesję, że mi nie wypada nosić rzeczy sprzed sezonu czy dwóch. Dziś potrafię mieć mikrotrendy w głębokim poważaniu, a ulubionym rzeczom nadać nowe znaczenie. Uważam, że najważniejsze jest stworzenie własnego stylu. Znowu kupuję ubrania, ale stosuję zasadę wymiany – gdy pojawia się nowa rzecz, pozbywam się jakiejś starej – nie wyrzucam, oddaję w dobre ręce. Detoks zakupowy polecam wszystkim, którzy kochają modę. Jeśli nie jesteś fanką minimalizmu, tym bardziej powinnaś spróbować. Ale właściwie po co? 

Rozumiem, że nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że wyrzucane ubrania są poważnym zagrożeniem dla środowiska. Zaśmiecamy Ziemię tonami plastiku, który nigdy się nie rozłoży, a second-handy są już przepełnione. Ale jest jeszcze jeden istotny aspekt nieprzemyślnego kupowania – przede wszystkim zaśmiecamy siebie. Po rocznej przerwie w kupowaniu ubrań moja szafa stała się przejrzystsza – zostały w niej tylko moje ulubione rzeczy. Lepiej poznałam siebie, swój styl, swoje prawdziwe potrzeby, a nie tylko kaprysy. Teraz wyznaję zasadę: mniej znaczy lepiej. All you need is less. Less is the new black. Teraz właśnie z takim założeniem kupuję i noszę ubrania. Żeby nie znudzić się nimi, wymyśliłam system rotacyjny. Dzielę rzeczy na dwa sezony, a te do siebie podobne jeszcze na kolejne dwie grupy. Te, których nie chcę nosić w danym sezonie, chowam i mam wyznaczony termin na zmianę. Jeśli się okaże, że czegoś już nie noszę – rozdaję, sprzedaję albo wymieniam na nowe. Ostatecznie mój eksperyment przerodził się w coś, co zmieniło mnie na zawsze.

Detoks zakupowy - zalety

Przez ten rok zadbałam bardziej o swoje ciało i zdrowie. Poprawiłam kondycję i znalazłam w życiu balans. Zostałam instruktorem hatha-jogi, co wcale nie odsunęło mnie od mody, lecz pozwoliło mi na nowo odnaleźć moją tożsamość. Kocham to, co robię, dlatego moda nadal jest dla mnie największą pasją. Ale dziś mniejszą wagę przywiązuję do nowości. Z większym uznaniem patrzę na styl ikon. Zrozumiałam, że jeśli kochasz modę, piękno, to warto porządki zacząć od środka.