Ostatnio jadłam lunch ze znajomą. Zanim zdążyła się rozebrać i usiąść, na stoliku wylądował jej telefon. Oczywiście wyciszony, bo przecież w towarzystwie niegrzecznie jest odbierać. Nie przeszkadzało jej jednak co chwila informować dzwoniących, że nie może teraz rozmawiać, że oddzwoni, że za chwilę zerknie do skrzynki mejlowej, że oczywiście to sprawdzi, ale najwcześniej za godzinę. I tak nasz lunch upłynął pod hasłem niekończącego się „że”. Każda wibracja telefonu sprawiała, że znajoma ukradkiem zerkała na ekran, przestawała mnie słuchać i myślami była gdzieś, ale na pewno nie na lunchu ze mną. Poirytowana, zapytałam: –Kiedy ostatnio byłaś poza zasięgiem?


     –Pytasz mnie o urlop? Rok temu. Ale co to był za urlop… Służbowa komórka dzwoniła non stop – wyznała, trzymając
nerwowo dłoń na aparacie, jakby oczekiwała telefonu od samego Obamy. Też jestem pracoholiczką. Z wyboru. Z miłości do tego, co robię. Wiem jednak, że czasami muszę się wyłączyć. Tego nauczyło mnie bieganie. Jeśli chcesz biec dłużej,
dalej, szybciej, musisz zafundować swojemu organizmowi odpoczynek. Absolutny reset, by nabrać sił na pokonanie kolejnych kilometrów. Inaczej pewnego dnia nie będziesz mogła zrobić nawet kroku naprzód. I nie chodzi o to, by uciec na drugi koniec świata, choć nie ukrywam, że to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakich można doświadczyć. Czasem wystarczy po prostu weekend w spa. Kiedyś byłam przekonana, że to miejsce dla rozkapryszonych bogaczy, w którym można bez pośpiechu poddać się bajecznym masażom, a poza tym… zanudzić się na śmierć. Ale kiedy w moim życiu
zabrakło czasu na życie, zaczęłam doceniać spa. Pozwala mi odpocząć, nabrać dystansu do rzeczywistości i funduje przypływ energii, jakby ktoś na chwilę podłączył mój mózg do słońca. W dzisiejszych czasach spa to coś znacznie więcej niż dotyk i masaż. Te najbardziej trendsetterskie od niedawna serwują usługę digital detox. Zaraz po przyjeździe klientce rekwiruje się telefon. Dostaje go każdego wieczoru na 10 minut, by zadzwonić do domu, poinformować, że żyje i ma się dobrze. Ci, których stać na taką przyjemność, mówią, że to idealny reset dla zestresowanych pracoholików, którzy nie mają czasu na dłuższy urlop, nie potrafią odpoczywać i mieć przyjemności z bycia tu i teraz. Nie wiem, nie doświadczyłam, ale podejrzewam, że działa.


    Sama, kiedy jadę do spa, nigdy nie zabieram komputera, a telefon zaraz po przyjeździe rzucam w kąt, bo i tak między zabiegami nigdy nie mam czasu sprawdzać mejli ani odpowiadać na SMS-y. Zwykle wieczorem dopiero znajduję chwilę, by sprawdzić, co chce powiedzieć mi świat. W końcu jadę tam po coś innego. Po zwykłe przyjemności, na które wiecznie brakuje mi czasu. Masaż, snucie się bez celu w szlafroku, jedzenie bez pośpiechu, czytanie książek, radość z biegania długich dystansów. Po przyjemnie nic nierobienie. Bez wyrzutów sumienia. Bez presji nieuchronnie zbliżającego się deadline’u.– Coraz częściej klientkami spa w Polsce są przepracowane 35-latki, które fundują sobie w nich samotne weekendy. To dla nich ekspresowy relaks od pracy. Sposób, by znaleźć czas dla siebie i swoich potrzeb. A spa coraz częściej przygotowują specjalne relaksujące pakiety z myślą o nich. To zupełnie nowy trend w Polsce – mówi Anita Bajdalska, jedna z najlepszych specjalistek od spa consultingu w Polsce. Jej najnowsze dzieło to spa w Marine Hotel w Kołobrzegu. Jest ogromny. Ja zdecydowanie preferuję bardziej kameralne miejsca. To ma jednak kilka niepodważalnych zalet. 50 kroków do plaży i spa, w którym każdy detal jest dopracowany do tego stopnia, że nawet podczas zabiegu nie słyszysz żadnego ruchu terapeutów. Pamiętają oni nawet o tym, by zamykać szuflady tak, żebyś nie mogła wybudzić się z najpłytszego relaksu. Dlatego odkryła, że nawet ten klasyczny przyspiesza regenerację organizmu na skutek rozluźnienia zmęczonych mięśni, obniża poziom hormonów stresu i pobudza produkcję substancji przeciwzapalnych. Masaż to masaż. Ma być przyjemny i skuteczny.

     O wiele ważniejsze są dla mnie atmosfera i okoliczności, w jakich jest wykonywany. Na pewno nie w takich, w jakich znalazłam się ostatnio. Odwiedziłam nowo otwarte spa w okolicach Lublina i nigdy nie wróciłabym tam za żadne pieniądze. Nawet z najlepszą ofertą Groupona. Cztery gabineciki, które obsługuje jedna kosmetyczka będąca jednocześnie na etacie recepcjonistki. Nie było nawet sauny, w której mogłabym się zamknąć, wysmarować pilingiem od stóp do głów, nałożyć na włosy nawilżającą maskę i udawać, że jest mi dobrze. Żadnego relaksującego bonusu, choć słowo „spa” w nazwie jest na pierwszym miejscu. A prawda jest taka, że nawet najbogatsza karta zabiegów nie zrekompensuje braku atmosfery, zapachu, dobrego jedzenia. Bo spa to zmysły. Relaks musi być wyczuwalny w powietrzu, aby go poczuć całkowicie w głowie i ciele. Po latach znalazłam takie miejsce. Od razu stało się moją świątynią świętego spokoju. To spa Afrodyta w Ośnie Lubuskim. Rosyjski masaż pleców, zapach pieczonego chleba, taras z widokiem na najczystsze jezioro w Polsce. Trzy dni spędzone tu zawsze działają na moją głowę jak dwutygodniowy urlop. Na moją skórę – jak szokowa terapia wygładzająca. Wracam stąd bez zmarszczek, bez zmartwień.