Piątkowe popołudnie, planuję weekend. Może zamówię tajskie jedzenie, rozsiądę się na kanapie i nadrobię serialowe zaległości? Może jeszcze położę sobie maseczkę na twarz i odżywkę na włosy na rozdwojone końcówki? „Co za rozkoszna wizja” – zaczynam mruczeć… Przerywa mi telefon. To matka. Pyta, o której będę na ślubie kuzyna. „Jakiego kuzyna?” – głośno się zastanawiam. No jak to, kuzyna ojca. Dwa miesiące temu przysłał zaproszenie. Ślub jest o dziesiątej. Słyszę instrukcje, że najlepiej wstać przed szóstą, bo to ponad 100 kilometrów. Już wiem, że tam nie pojadę, a weekend rozpocznie się od kłótni z matką. Nie, nie zamierzam dzwonić do kuzyna, by odwołać swoje przyjście. Nie mogę przecież odwołać czegoś, czego nie potwierdziłam – racjonalizuję. Poza tym kuzyna widziałam ostatni raz 20 lat temu. To nikt bliski. Matka nalega, żebym zadzwoniła. Udaje mi się wymusić na niej telefon do pana młodego. Tak, czuję się jak ostatni łach, na szczęście nie po raz pierwszy. Po 10 minutach znowu odbieram od niej telefon. Ma żal do mnie, że nie załatwiłam sprawy sama. Może i zapomniała przekazać mi zaproszenie, ale to nie znaczy, że „zawsze musi świecić oczami za córkę”. Dowiaduję się, że kuzyn był niepocieszony, tym bardziej że zapłacił już za tzw. weselny talerzyk dla mnie. Pytam ile. Zamierzam zrobić przelew na taką kwotę zaraz po niedzieli. To naprawdę niewiele za odzyskaną weekendową wolność! I nie trzeba było przepraszać…


Mniej więcej tak to zawsze wygląda. Albo znacznie gorzej. Nie wiesz, o co chodzi? Dziwne… Dzięki najnowszym technologiom i mediom społecznościowym możemy zapowiadać się w kilkunastu miejscach jednocześnie. I robimy to. Umawiamy się na mnóstwo spotkań, by w ostatnim momencie wycofać się z większości. W dobie bycia ciągle zajętym jest to nawet modne. Umówić się na wyrost. I odwołać. Co dowodzi tylko tego, że jesteś rozchwytywana. A to bardzo na czasie. Współczesne przyjaźnie (szczególnie te zrodzone online) wybaczą każdą nieobecność. Okazuje się, że dziś łatwiej jest nam zrezygnować z planów, nawet jeśli w tym czasie nie mamy nic innego do zrobienia, niż pojawić się w wyznaczonym miejscu. Dlaczego zatem w ogóle się umawiamy? Chcemy podtrzymywać wizerunek ludzi z wypełnionym po brzegi kalendarzem. Sami przed sobą lubimy udawać, że jesteśmy zabiegani, że wszędzie nas chcą.W 2015 roku w Wielkiej Brytanii przeprowadzono sondę, w której ponad dwa tysiące osób przyznało, że odwołuje spotkania, nawet jeśli wiąże się to z niedogodnościami. Często wycofują się one z trzech wydarzeń zaplanowanych w tym samym terminie. Ankietowani przyznali, że świadomie umawiają się na kilka spotkań w jednym czasie – ostatecznie biorą udział nie w najważniejszym, tylko tym, które jest im po drodze. Z badań wynika, że z ponad 104 spotkań zaplanowanych z wyprzedzeniem na cały rok połowa jest odwoływana. Nie chcąc iść na ślub kuzyna, nie miałam niczego innego w planach. Po prostu nie miałam ochoty. Nie chciało mi się szukać sukienki, wstawać rano, rozmawiać z nieznajomymi podczas wesela. To nic osobistego, sprawa jest uniwersalna. Ja kontra wszechświat. Zapłaciłabym każdą kwotę, żeby nie iść. Nie chodzi o pieniądze, ale o poczucie odpowiedzialności i gotowość do wypełnienia rodzinnego lub społecznego obowiązku. Nie chce mi się robić wbrew sobie. Kiedyś taka postawa byłaby nie do przyjęcia. Dziś mieści się w normie. Dlaczego? Bo nie ponoszę konsekwencji swoich działań. Mogę odwołać i nie będzie mi przykro ani niezręcznie.
Schemat jest taki: lubimy przyjmować zaproszenia, bo jest nam miło, że ktoś chce się z nami spotkać. Zgadzamy się na to, by się z kimś zobaczyć, bo samo planowanie jest przyjemne. Tyle że potem albo coś nam wypada, albo po prostu się nam nie chce. Czy mamy odwagę, by przyznać się do tego? Nigdy w życiu! Wymyślamy wymówkę i odwołujemy spotkanie. Gdybyśmy przyznali się do lenistwa, oznaczałoby to, że jesteśmy… – piszę to po cichu – starzy. Co za niedorzeczność!

Autorki strony This Is Mothership poświęconej macierzyństwu – stylistka Gemma Rose Breger i modowa dziennikarka Sam Silver – piszą w swoich relacjach o wzorcu „nieskonsumowanych” spotkań, który towarzyszy ludziom bez względu na to, czy mają dzieci, czy nie. Odkryły one pewną prawidłowość i podzieliły się nią ze światem. Pierwsza wiadomość przed umówionym spotkaniem zwykle brzmi: „Widzimy się dzisiaj?”. Zaraz przychodzi drugi SMS: „Nie odpisujesz, może lepiej przełóżmy?”. Potem idzie lawinowo: „Nie chcę ci krzyżować planów, przemówmy się na czas, kiedy będzie łatwiej się spotkać”. I tak dalej. Normą jest przekładanie spotkania tyle razy,  by w końcu stracić z sobą kontakt. Z badań wynika, że w sytuacji bez wyjścia odwołujemy spotkania z bliskimi, zakładając, że oni to zrozumieją, a idziemy na te, z których nie możemy się wykręcić. I tak częściej widujemy się z ludźmi, za którymi nie tęsknimy tak bardzo, odsuwając się od bliskich nam osób. Heather Havrilesky pisała do „New York Magazine”, gdzie w stałej rubryce obnażała swoją towarzyską niezborność i różne niezgrabności społeczne. W jednym z felietonów podsumowała się tak: „Jestem introwertyczką, która przez całe życie udawała ekstrawertyczkę. Mam mnóstwo znajomych i podtrzymywanie wszystkich relacji sprawia, że czuję się zmęczona. Nie mam czasu ani siły na spotkania”. Coś jest na rzeczy. Wysłanie zwykłego pozdrowienia raz dziennie do połowy znajomych z Facebooka czy Instagrama wydaje się niemożliwe. A jednak sporo czasu tracimy na media społecznościowe. Oznaczamy się, machamy do kogoś, witamy się przez różne aplikacje, wrzucamy zdjęcia, komentujemy. Pogodzić dwie rzeczywistości – realną i wirtualną – nie jest łatwo. Już samo planowanie jest wyczerpujące. Havrilesky przyznaje, że często patrząc w poniedziałek wieczorem w swój po brzegi wypełniony spotkaniami tydzień w kalendarzu, miała poczucie towarzyskiego spełnienia. Wiedziała, że z połowy tych planów nic nie będzie, ale przez moment rozpierała ją duma, że ogarnęła tyle spraw. Przynajmniej na papierze. Jest na to recepta? Heather Havrilesky uważa, że musimy nauczyć się mówić „nie” na początku, a nie wykręcać w finale. Życie sprowadzone do planów nie jest autentyczne ani nie może być sposobem na zaspokojenie głodu kontaktów międzyludzkich. Jednocześnie nie dajmy sobie wmówić, że jak codziennie nie zjemy kolacji na mieście ani nie oznaczymy się na Facebooku, będzie to oznaczać, że nasze życie towarzyskie nie istnieje. Bzdura! 

Doktor Abigael San, wzięta brytyjska psychiatra, przyznaje, że żyjemy w czasach przymusu bywania i dokumentowania tych wyjść. Jej pacjenci leczą się z narastającego poczucia, że wiecznie muszą coś robić: jechać, konsumować, kupować, smakować. Inna sprawa, że kontakt wirtualny zdaje się bezpieczniejszy. Możesz rozmawiać z kilkoma osobami, przeglądać magazyn i malować paznokcie. W realu trzeba komuś spojrzeć w oczy. To powoduje niepokój. Czujemy się jak w pułapce. Słowo dane kiedyś było jak przyrzeczenie. Nie można było nie przyjść na umówione spotkanie. Dziś media społecznościowe zabijają słowo. Zawsze znajdziemy furtkę, by się wykręcić. Bez powiedzenia: „Przepraszam, wybacz, moja wina”. No bo jak winić się za coś, co dawno wymknęło się spod kontroli?  Postawmy więc już teraz na bezwzględną uczciwość. Nie warto oznaczać się w wydarzeniu i potwierdzać „będę”, jeśli nie mamy zamiaru przychodzić. Chcieliśmy pomóc rozpowszechnić informacje o imprezie, wystawie, filmie? Napiszmy o tym, bez deklaracji o swojej obecności. To po pierwsze. Po drugie, zawsze lepiej powiedzieć komuś wprost: „Nie przyjdę”, „Nie mogę”, „Nie chcę”, niż potem odwoływać cztery spotkania. Można, ale po co? O naszej atrakcyjności czy powodzeniu towarzyskim nie świadczy wypełniony po brzegi kalendarz. I właśnie umiejętność czy możliwość odmawiania to dzisiaj luksus. Tak naprawdę tylko nieliczni mogą sobie na niego pozwolić. Też nie przepraszając.

Tekst Eva Wiseman