Jesteś łatwiejszy we współpracy jako aktor czy reżyser?

Jacek poniedziałek: W obu przypadkach jestem trudny. Dlaczego? Jako aktor mam swoje wyobrażenia, o które czasem się kłócę. Zdarza się też, że popadam w rodzaj frustracji, że coś nie wychodzi, i gdy dochodzę do ściany, a reżyser nie umie mi pomóc, to w końcu mu się dostaje.

Dosłownie?

Słownie. Mówię mu np., że gdybym siedział tam, gdzie on, to już dawno bym wiedział, jak mi pomóc. Kiedyś też rzucałem w reżyserów różnymi przedmiotami, ale to przeszłość. Mam wrażenie, że wreszcie dojrzałem.

Jako reżyser też?

Jako reżyser rzucam wyłącznie mięsem (śmiech), a ponieważ sam tłumaczę sztuki, które wystawiam, to bardzo pilnuję aktorów, żeby mówili zgodnie z zapisanym tekstem, i jestem w tym niestety trochę upierdliwy. To ich czasem irytuje.

Przerywasz aktorom w pół zdania?

Albo uświadamiam im, że jeszcze nie było jego środka.

A Ty znasz cały tekst na pamięć?

Tak, jestem pod tym względem potworem. Ale gdy dochodzi do słownych utarczek, przepraszam i przedstawiam im instrukcję obsługi Jacka Poniedziałka –„dać mi się wykrzyczeć i się nie przejmować”. Czyli zapomnieć o formie, zapamiętać meritum i iść dalej.

Jeśli chodzi o formę, to pozwól, że się upewnię, czy „kto się boi Virginii Woolf?” nie zmierza do „dekonstrukcji kultury, tradycji i tożsamości polskiej”, przed czym ostrzega minister kultury?

Ależ skąd, to bardzo patriotyczny spektakl. Opowiada o tym, jak dziś nie potrafimy z sobą rozmawiać, jak sobie w Polsce skaczemy do gardeł i jak się nienawidzimy.

Ale czy nie podważa sensu małżeństwa?

Z jednej strony pokazuje, że rodziny są często dysfunkcyjne i wypusz mąż czają w świat psychicznych inwalidów. Z drugiej strony ta sztuka jest bardzo dowcipna. Martha i George biologiem, który domaga się tzw. mają błyskotliwe poczucie humoru. Nie są to trzeźwe sztywniaki, tylko błyskotliwe pijaki. Słuchanie ichm patrzenie na to, jak sobie dopieprzają albo słodzą, to czysta przyjemność.

A Ty dostrzegasz u siebie kryzys wieku średniego?

To taki oklepany temat...

W wywiadzie dla ELLE cytowałeś kiedyś Leszka kołakowskiego, podobało ci się, że umiejętnie zmaga się ze starzeniem, bo jako człowiek głęboko myślący nie ma złudzeń ani nie ma też pretensji do młodości. Masz pretensje do młodości?

No wiesz, ubieram się młodo, ale wszyscy dziś chodzą w bluzach, bo to jest po prostu wygodne. Wśród swoich znajomych widzę coraz więcej osób młodszych od siebie, co z czasem dzieje się zupełnie naturalnie. Wielu z nich ma świeże, bezkompromisowe spojrzenie na sztukę i w tym sensie są ciekawi, znajdujemy wspólny język. Ale też są tak potwornie naiwni. Młodość jest głupia, bo jej się wydaje, że nigdy się nie skończy.

Bohaterowie sztuki Albeego są już po czterdziestce.

On ma 46 lat, ona jest od niego sześć lat starsza, ale ma w sobie jakąś niezachwianą wiarę w siłę młodości, prawo pięści. Twierdzi np., że jej mąż jest „starym złogiem” wydziału historii. Sama flirtuje z 28-letnim biologiem, który domaga się tzw. postępu. George patrzy na niego z mieszanką fascynacji i strachu, mówi, że „ludzkość nie wyciąga żadnych wniosków z historii”. „Młodość, postęp, wyrzucanie przyjemność podglądania bardzo zbędnego balastu” – to jest faszystowski język. Jestem głęboko przekonany, że z podobną retoryką mamy teraz do czynienia w Polsce. Po wprowadzeniu ultranacjonalistycznych partii do Sejmu funduje nam się coś w rodzaju sterowanej odgórnie rewolucji moralnej, przymusowej naprawy społecznej pod białoczerwoną flagą.

Polska jest dzisiaj podzielona jak małżeństwo Marthy i George’a?

Chciałem wrzucić ich w polski pejzaż, pokazać w środowisku uniwersyteckim, gdzie takie małżeństwa również się zdarzają. I gdzie odbywają już nie zwykłe burdy, ale apokaliptyczne awantury, po których rozglądamy się w poszukiwaniu tru- pów. Razi mnie doraźność teatru politycznego, ale ta sztuka jest jednak bardzo polityczna. W Polsce, tak jak w Stanach w okresie, gdy Albee pisał „Kto się boi Virginii Woolf?” (w 1962 roku – przyp. red.), mówienie o kondycji rodziny jest gestem politycznym.

Boy-Żeleński – wspominam o nim, bo byłeś nominowany do nagrody jego imienia za przekład sztuk Tennessee Williamsa – pisał, że „demokracja to czysta wariacja”. 

PiS doprowadziło do sytuacji, w której zamiast budować społeczeństwo obywatelskie, żyć w tolerancji, otwartości i harmonii, rzucamy się sobie do gardeł.