Pod koniec lat 90. studiowałam na ESMOD w Paryżu. To znana europejska szkoła projektowania, na którą przeniosłam się tuż po ukończeniu studiów Haute Couture w Rzymie. To były dla mnie dwa niezwykłe lata, które wspominam do dziś. Mieszkałam wówczas w 7. dzielnicy, na Saint Germain, zupełnie niedaleko kultowej Café de Flore. Uwielbiałam spacerować po francuskiej stolicy i praktycznie wszędzie chodziłam pieszo. Dzięki temu często wynajdywałam ciekawe kawiarnie, małe butiki czy antykwariaty, do których zaglądam nawet teraz, gdy jestem w Paryżu. Na ESMOD studiowali ludzie z całego świata tworząc niesamowity miks kulturowy. Zawarłam tam wiele przyjaźni, które pielęgnuję do dziś. Wtedy w modzie fascynowało nas wszystko co dziwne i awangardowe. Z jednej strony projekty belgijskich projektantów z Margielą i Ann Demeulemeester na czele. Z drugiej - japońskich kreatorów, którzy w latach 90. podbili stolicę Francji, a swoje kolekcje pokazywali na paryskim tygodniu mody. Ich nazwiska brzmiały dla mnie wtedy jak tajemne zaklęcia. Jednym z nich był Issey Miyake. 

W 1975 roku otworzył swój butik w Paryżu, będąc pierwszym japońskim projektantem mody, który to zrobił, a dwa lata wcześniej zaczął pokazywać kolekcje u boku Soni Rykiel i Thierry'ego Muglera. Razem z Rei Kawakubo (Comme des Garçons) i Yohji Yamamoto byli twórcami nowej japońskiej awangardy. Mody dekonstrukcyjnej, która zrewolucjonizowała krawiectwo i zreinterpretowała klasykę. Fascynowała mnie odmienność jego projektów i niezwykły intelektualny wpływ, jaki miał wówczas na europejską modę. W 1993 roku Miyake stworzył swoją kultową linię plisowanych ubrań Pleats Please, która stała się moim marzeniem. Ubrania i akcesoria z tej linii są wycinane laserowo, a potem plisowane - ich technologia produkcji jest bardzo zaawansowana. Ubrania nie gniotą się i wyglądają zawsze tak samo, nie niszczą się. 

Gdy zobaczyłam jego torebkę podczas zakupów w Bon Marche, znanym paryskim domu towarowym, od razu się zachwyciłam. Zafascynowała mnie swoim niezwykłym kształtem: przypominała odwróconą do dołu krawiecką poduszkę na szpilki. Pamiętam stoisko na piętrze, gdzie byli eksponowani projektanci. Ubrania wisiały równo na wieszakach, czerń kontrastowała z innymi, wyróżniającymi się kolorami na tle białej, minimalistycznej ekspozycji. Ekspedientka miała na sobie czarną, długą sukienkę z metką Miyake i płaskie buty. Była niezwykle smukła i wysoka, miała bardzo krótkie włosy. Jej ciemna skóra zlewała się z kolorem sukienki i tworzyła idealną całość. Ten widok pozostał w mojej głowie na zawsze. 

Torebka towarzyszy mi do dziś, jest moim skarbem. Noszę ją kiedy wychodzę na kolację, koncert lub do teatru. Jest niezwykle wygodna i dodaje charakteru każdemu ubraniu. Teraz szczególnie cenię sobie takie rzeczy. Obecnie moja szafa zdominowana jest przez czerń - kolor, który uwielbiam i proponuję w swoich kolekcjach. Czerń jest miejska, tajemnicza, elegancka, neutralna i kontestująca. Ma wiele znaczeń. Nauczyłam się jej mieszkając we Włoszech i Francji, chociaż w każdym z tych miejsc noszona jest i interpretowana inaczej. 

Ostatnie, trudne dla wszystkich, miesiące utwierdziły mnie w mojej miłości do mody i rzeczy pięknych. Na przekór sytuacji postanowiłam ubierać się tak, żeby czuć się dobrze, mobilizować się. Ubieranie się dla własnej przyjemności, nie dla innych, ma duży sens i sprawia równie wiele frajdy. Szczególnie w rzeczy, które sama zaprojektowałam i stworzyłam. Już przymierzam się do nowego sezonu, którego nie wyobrażam sobie bez moich kolorowych koszul i płaszczy z efektem femme fatale z mojej najnowszej kolekcji Stella.