Botoks jest obecnie jednym z najpopularniejszych (bo i najskuteczniejszych) sposobów walki ze zmarszczkami. Wciąż jednak metoda ta budzi wiele wątpliwości i zastrzeżeń, szczególnie w kontekście późniejszych problemów z mimiką twarzy.

Nic więc dziwnego, że naukowcy w pocie czoła pracują nad nowymi, jeszcze bardziej skutecznymi metodami odmładzania. Takim oto sposobem powstał Frotox. Brzmi trochę jak rodzaj zmrożonego smoothie, ale oprócz zimna, nie ma z nim wiele wspólnego.

Czym jest zatem Frotox? Przede wszystkim łagodniejszą i bardziej naturalną formą botoksu. Polega na wprowadzaniu w zmarszczki ciekłego azotu. Substancja zamraża (tymczasowo hibernuje) nerwy kontrolujące mięśnie odpowiedzialne za powstawanie znienawidzonych linii. Lepiej niż botoks radzi sobie ze zmarszczkami na czole i w okolicach brwi. Wszystko dlatego, że nie "paraliżuje" twarzy i jego efekty są znacznie bardziej naturalne. Dzieje się tak dlatego, że azot występuje naturalnie w ludzkim ciele, wobec czego organizm nie traktuje go jak obcej substancji. Stąd mniej skutków ubocznych. Dodatkowym plusem jest to, że działa błyskawicznie i efekty widać od razu po zabiegu. Stan taki utrzymuje się do około czterech miesięcy. Po tym czasie należy go powtórzyć.

Według Daily Mail, Frotox zwany inaczej Ioverem, został opracowany przez naukowców w Kalifornii, ale na razie wykonuje się go w Wielkiej Brytanii. Jego cena jest zbliżona do zabiegu z użyciem botoksu i wynosi około 300 funtów.

Oczywiście Frotox wciąż dzieli specjalistów medycyny estetycznej. Jedno jest jednak pewne - będzie alternatywą dla tych, którzy z botoksu korzystać nie mogą.

Czytaj też:

Botoks w kremie - kosmetyk przyszłości?>>