Było tak: Florence Welch pojawiła się po raz pierwszy na londyńskiej scenie muzycznej w 2008 roku. Już wtedy występowała obsypana brokatem, nosiła czerwone włosy i domagała się szacunku wobec swojej hedonistycznej, dziewczyńskiej postawy. Dziś – dekadę później – wciąż stoi na czele zespołu Florence + The Machine, z tą różnicą, że trzy dotychczasowe albumy formacji pokryły się już trzykrotną platyną, a grupa zdobyła niezliczoną liczbę Grammy, nagród MTV i brytyjskiego rynku fonograficznego. Sama Florence ma na koncie kilka kampanii Gucci i najlepiej sprzedający się w mijającym roku tomik poezji. Jej głos jest symbolem generacji. Najlepiej oddała to Greta Gerwig w filmie „Lady Bird”: „Utwory Florence skrywają najgłębsze i najciemniejsze pokładu bólu”, a i tak chcesz zaszaleć przy nich na parkiecie. Piosenka „Hunger”, pochodząca z płyty „High as Hope”, to doskonały przykład utworu, który potrafi uruchomić skrajne emocje i napięcia. Jest świeży, porywa lekkością i dynamiką, a jednocześnie to jedna z najbardziej osobistych opowieści piosenkarki o jej długoletniej walce z uzależnieniem od narkotyków i zaburzeniach w odżywianiu. Podczas pracy nad czwartym albumem Florence odkryła nowe możliwości w sposobie komunikacji z fanami: stała się otwarta jak nigdy wcześniej. Opowiada o swoich demonach, a przy tym wciąż stara się nauczyć, jak nad nimi panować. Już nie chodzi tylko o to, by wyrzucić z siebie pewne treści – chodzi o to, by umieć je okiełznać. Premiera albumu zbiegła się z wydaniem tomiku poezji Florence „Useless Magic: Lyrics and Poetry”. To piękne wydawnictwo zawiera wielkie przesłanie wobec słuchaczy i czytelników – najpełniej zawiera się ono w sentencji: „Tak, możesz mieć wszystko!”. Spośród wielu kobiet, które inspirują Florence, jest jedna szczególna: to przyjaciółka i poetka Yrsa Daley-Ward, której podejście do liryki – zawarte w antologii „Bone” i w opublikowanych niedawno pamiętnikach „The Terrible” – sprawiło, że Yrsa stała się sensacją mediów społecznościowych. W tomiku Florence pisze otwarcie, jak wielkim wsparciem była dla niej przyjaciółka, nie kryje również tego, że ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko. 


Florence Welch:Poznałyśmy się w lokalnym klubie książki Between Two Books, prawda? Niezwykła, uwielbiana przeze mnie poetka Nayyirah Waheed napisała esej na temat twoich prac. Pamiętam, jak czytałam fragment twojej antologii „Bone” i myślałam skrycie, jakie to jest dobre. Poezja naprawdę potrafi przemówić do ludzi jasno i prosto. Podoba mi się to, że współcześni poeci potrafią wykorzystać w słusznej sprawie media społecznościowe – do promowania nie tylko własnej twórczości.


YRSA DALEY-WARD: Dla mnie to wszystko, co się dzieje wokół ­poezji, nosi znamiona odrodzenia. Ale myślę, że w ludziach od dawna drzemała potrzeba, by dzięki temu, co czytają lub oglądają albo czego słuchają, mogli poczuć się mniej samotni. Tak było ze mną. A jak Ty zaczęłaś pisać?
Przede wszystkim musiałam przestać pić. Nim zainteresowałam się poezją, musiałam wytrzeźwieć. Wcześniej niemal non stop imprezowałam. Lubiłam to, ale ten styl życia zaczął mieć negatywny wpływ na moje życie zawodowe – nadszedł moment, gdy już dłużej nie sposób było ukrywać własnych uzależnień i deficytów. Najdziwniejsze jest to, że kiedyś myślałam o sobie, że jestem hedonistką. I pewnie byłam, tyle tylko, że to nie czyniło ze mnie osoby w pełni kreatywnej. Zatracałam się tak w pisaniu, jak i w swoich uzależnieniach. Jak mantra wracało poczucie, że wpadam po raz kolejny w jakąś pułapkę, słyszałam w głowie głos, który wołał do mnie: „Utknęłaś, jesteś w pułapce, nie wydostaniesz się stąd tak szybko!”. Nie było wokół nikogo na tyle silnego, kto mógłby i chciałby mi pomóc. Wydaje mi się, że zatrzymałam się w porę i było to tuż przed napisaniem utworu: „How Big, How Blue, How Beautiful”. Pisząc tę piosenkę, w pełni zdałam ­sobie sprawę z własnych niedomagań. To było jak katharsis – nie było łatwo pokazać obcym ludziom tę głęboko skrywaną prawdę o utajnionych słabościach. A potem, gdy słyszysz tłum, który śpiewa wraz z tobą utwór o tym, jak jesteś zagubiona, pogmatwana i nieuporządkowana... staje się to wielkim przeżyciem. Oczyszczającym. Działa jak terapia: porządkuje myśli, otwiera na świat, na ludzi, pozwala też na to, by odpuścić wiele spraw – przestałam trzymać się kurczowo traum, już nie oglądam się za siebie, tylko idę naprzód. 


Czujesz, że dzięki poezji stajesz się wrażliwsza?
Poezja mnie uwrażliwia, ale dziś jest przede wszystkim tą przestrzenią, w której mogę umieszczać różne prawdy. Wierzę w nie, ale też się ich boję. Sama dobrze to nazwałaś: jeśli obawiasz się coś zapisać, to już dobry znak. Przy ostatnim albumie bałam się naprawdę wielu słów, które musiały paść w tych nowych piosenkach.
 

Czego dotyczyły Twoje lęki?
Między innymi tego, co robię i jak to jest oceniane. Naprawdę byłam przerażona życiem i wieloma jego aspektami – czas przed premierą płyty „High as Hope” był trudny. Nie wiem, czy czułaś się podobnie tuż przed wydaniem pamiętników „The Terrible”, ale gdy ma się ukazać coś tak osobistego, zaczynasz obawiać się konfrontacji.


Masz rację. W dziennikach pisałam o sprawach, o których nigdy nikomu nie mówiłam. Byłam spięta przed publikacją, ale długo miałam przeświadczenie, że sama jestem sobie winna, bo przecież mogłam o tym nie pisać albo pisać, ale nie zezwalać na publikację, ocenzurować pewne fragmenty. Tyle że to tak nie działa.
Właśnie. Musisz mieć w sobie zgodę na to, by iść na całość. Inaczej przekaz będzie niepełny. Na płycie „High as Hope” śpiewam o rzeczach, o których nie wiedzą moi najstarsi przyjaciele. Moja mama o nich nie wie, a moja siostra, gdy tylko usłyszała niektóre utwory, zadzwoniła do mnie i ­spytała, czy na pewno wiem, co zrobiłam. Dopytywała, czy świadomie chciałam tyle ujawniać, i to w tak – od strony muzycznej – popowym wariancie. Mówiła: „Florence, to tylko ­popowe piosenki, ale ty śpiewasz, że chciałaś targnąć się na swoje życie!”. Śpiewając pop, zdradzam wiele bardzo ­prywatnych i często wstydliwych sekretów.

Ale ostatecznie to dodaje siły?
Nigdy nie byłam specjalnie religijna, ale dla mnie akt śpiewania od początku miał w sobie coś nabożnego. Czuję spokój, gdy śpiewam. I chyba tylko wtedy.

Ale to wspaniałe, śpiewasz instynktownie, to po prostu wypływa z Ciebie. Dla jednych będzie to miało związek z jakimś bogiem, dla innych będzie powiązane z naturą. Nie trzeba tego definiować.
Często ludzie pytają mnie o to, jak się czuję z tym, że cała uwaga skupia się na mnie podczas występów. Nie myślę o tym, tak samo jak nie koncentruję się na swojej płci. To, czy jestem kobietą, czy mężczyzną, nie ma dla mnie znaczenia, gdy jestem na scenie. Miałam już naprawdę wiele razy poczucie, że jestem i jednym, i drugim. Czuję, że nasze osobowości składają się z żeńskich i z męskich pierwiastków, dopuszczam dwie strony do głosu. Gdy śpiewam, wszystko znika – nie ma granic, genderowych podziałów, limitów dla odwagi czy odpowiedzialności.


To drzemie w każdym, ale nie każdy o tym wie, tym bardziej nie każdy mógłby to unieść.
U mnie to przełożyło się jeszcze na coś innego: na początku swojej kariery często robiłam to, czego ode mnie wymagano. Starałam się sprostać pokładanym we mnie nadziejom i oczekiwaniom. Podczas pierwszych nagrań otaczał mnie tłum starszych mężczyzn, którzy często nie umieli mnie słuchać, jedyne, co robili, to wydawali polecenia. Wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam pracować z Isą (członkinią zespołu Florence + The Machine, Isabellą Summers – przyp. red.), która po prostu pozwoliła mi na bycie sobą. Jeśli miałam ochotę godzinami bębnić w pianino albo drapać ściany pałeczkami od perkusji – robiłam to. I tak wyglądały nasze sesje nagrań. Dopiero taki system pracy: wolność absolutna i partnerstwo w studiu, pozwoliły mi ponazywać pewne brzmienia i wydobyć to główne, właściwe i przewodnie z mojego zespołu. Wreszcie mogę powiedzieć, że czuję się pewnie wobec rodzaju muzyki, którą prezentuję innym, i wobec sposobu, w jaki umiem i chcę opowiadać o sobie. Tyle że to zajęło mi trochę. I chyba tak to już jest, że musisz w siebie bardzo zwątpić, by się odbudować.

Wychowanie warunkuje w nas to, byśmy wchodząc do pokoju pełnego ludzi, nie czuły się zbyt pewnie.
Pełna zgoda. I to się przekłada na wszystko inne. Dopiero przy tym ostatnim albumie nie wstydzę się powiedzieć na głos, że jestem także jego współproducentką. A przecież robię to już dobre 10 lat! Niestety, zabrało mi trochę czasu, by sobie uzmysłowić, że muszę zawalczyć o należne mi miejsce, tytuły czy też podpisy. Wcześniej bałam się poprosić, by pojawiła się odpowiednia adnotacja na płycie. I czułam narastającą frustrację, bo odnosiłam wrażenie, że ludzie mnie nie doceniają albo że pozostaję w cieniu na własne życzenie. Dawałam upust emocjom, pisząc piosenki albo wyśpiewując swój gniew na scenie. Też tak miałaś?

Pewnie, może chodziło o inne kwestie, ale mechanizmy były bardzo podobne. Moje wychowanie było naznaczone głęboką religijnością dziadków pochodzących z Jamajki. Dorastałam w poczuciu, że muszę być w wielu sytuacjach podporządkowana: grzeczna i uprzejma, nawet jeśli inni nie są. Często zdarza mi się ukrywać to, co tak naprawdę czuję, tylko dlatego, by komuś nie robić przykrości. Cały czas się uczę, by nie doprowadzać do sytuacji, gdy wybucham, ale aby w odpowiednim momencie po prostu mówić o swoich emocjach, na spokojnie. I tu często pomaga poezja, bo pozwala zapisywać pewne stany, uczucia, by po chwili spojrzeć na nie z dystansem.
I ja mam tak, że dopóki czegoś nie zapiszę, nie zdaję sobie sprawy, na ile głęboko to siedzi we mnie. To jak jakieś objawienie, ale wiesz to dopiero wtedy, gdy siadasz z kartką i długopisem w dłoni. Dzięki pisaniu mogłam zanalizować swoje dzieciństwo, które było jednym wielkim chaosem: naznaczone śmiercią, rozwodem rodziców i ciągłym rozpadem jakieś struktury, która normalnie powinna była zapewnić mi bezpieczeństwo, lecz ostatecznie doprowadziła do narastającej wewnętrznej pustki. Podziwiam sposób, w jaki wykorzystujesz media społecznościowe – najczęściej w słusznej, szlachetnej próbie doradzenia ludziom, którzy znaleźli się w potrzasku, i wskazania im właściwszej drogi. Wcześniej nie doceniałam takich przestrzeni jak Instagram, uważałam że służy on wyłącznie egoistycznym potrzebom. Dzisiaj widzę, jak wspaniałą staje się platformą do promowania poezji czy krótkich form lirycznych. Sztukę można wspaniale promować za pomocą takich narzędzi, tylko trzeba mieć pomysł. 

Trzeba pamiętać, by podchodzić do wszystkiego, co pojawia się w sieci, bardzo selektywnie. Raz na jakiś czas muszę sobie zrobić przerwę od tego, co oferuje internet, nawet od tych wartościowych treści. Myślę, że to wielki złodziej czasu, a żeby tworzyć – nie tylko poezję – trzeba żyć.
To prawda, internet jest uzależniający. Wrzucam coś i co chwila sprawdzam, jaki jest odbiór, kto przeczytał mój post, czy są jakieś komentarze. Z jednej strony czuję podniecenie, z drugiej – wystawiona na często anonimowy atak jestem bezbronna. Ale taka chyba jest cena twórczości, szczególnie dzisiaj (śmiech). À propos pułapek internetu, właśnie sobie przypomniałam, że mam aplikację, która informuje o pełni Księżyca.


Też ją ściągnęłam!
Czasami zastanawiam się, kto pisze do mnie wiadomości za pomocą tej aplikacji, podszywając się pod... Księżyc (śmiech). Gdybym szukała pracy i ktoś zaoferowałby mi prowadzenie takiej aplikacji i wymyślanie tekstów jako Księżyc... byłabym wniebowzięta! Niesamowite, że żyjemy w czasach, kiedy ludzie zarabiają pieniądze właśnie w ten sposób (śmiech). Niedawno odkryłam, że Patti Smith ma konto na Instagramie. I to jest właśnie ta dobra strona internetu, który niewiarygodnie skraca dystans. Napisałam piosenkę „Patricia” – oczywiście jest ona o Patti – pewnego dnia odpalam Instagram, a tam wiadomość od niej, w której dziękuje mi za ten utwór. Te możliwości i narzędzia są naprawdę świetne. 

A ja dziś rano miałam Ci wysłać zdjęcie!
Czy kupiłaś w końcu pidżamę, o której rozmawiałyśmy? (Florence zaprojektowała serię pidżam ze słynnym ­nadrukiem Liberty – przyp. red.). Odkąd byłam nastolatką, ­miałam obsesję na punkcie nadruku Liberty, ale projektując ­pidżamy, mogłam wejść w archiwa i przejrzeć wszystkie motywy wyko-
rzystywane w brytyjskim zdobnictwie tkanin od XVIII wieku do lat 60. XX wieku.

To najpiękniejsza rzecz, jaką mam w szafie. I skoro rozmawiamy o tym, co na siebie włożyć przy różnych okazjach – zawsze podobało mi się to, jak ubierasz się na scenę. To są zawsze wspaniałe materiały i fasony. Zazdroszczę Ci tej umiejętności łączenia kolorów i faktur. Wiem, że lubisz piękne jedwabie i oryginalne desenie – nigdy nie jesteś przebrana, zawsze pozostajesz sobą. To nie lada umiejętność.
Alessandro (Michele – przyp. red.) z Gucci ­naprawdę rozumie moje potrzeby – bardziej chodzi o to, by podkreślić moją energię czy energię muzyki, którą tworzę, niekoniecznie o to, by pięknie czy atrakcyjnie wyglądać. Spotkałam po raz pierwszy kogoś, z kim rozumiem się właściwie bez słów w kwestii mody. Mamy z Alessandro to samo wyczucie stylu i estetyki. Z kolei występując na scenie, niemal od początku inspirowałam się takimi artystami jak Otis Redding, Mick Jagger czy Nick Cave – chodzi o sposób ­poruszania się na scenie, a także nawiązywania kontaktu z publicznością. Wszystkie moje fascynacje dotyczyły mężczyzn, dlatego zawsze zależało mi na tym, by podkreślić – m.in. strojem – kobiecą stronę mojej natury. Ta fuzja męsko-żeńskich elementów do dziś wydaje mi się ­bardzo ciekawa. Na scenie staram się być nieco prowokująca, ­przerażająca nawet, a przy tym silna i wyrazista. To wyzwanie w dzisiejszych czasach stworzyć look, który by się nie ­kłócił z naturą artysty, a przy tym byłby atrakcyjny dla publiczności.