Dziewczyna z Mysłowic. Mama trojga dzieci. Dziś na szczycie władzy. Twardo zarządza unijnymi pieniędzmi. Do rana szaleje na koncertach. Zna perfekcyjnie perski i angielski. O fantastycznej karierze, muzyce i zakupach na wyprzedażach opowiada tylko ELLE.

Zdaniem dziennikarzy tygodnika „Polityka” najlepsza minister w rządzie Donalda Tuska. To ona decyduje, jak wydamy fundusze z Unii Europejskiej. Świetnie zorganizowana i skuteczna. Prywatnie? Do świtu potrafi szaleć na koncercie rockowym, by o siódmej rano wsiąść do samolotu do Brukseli, bo ma tam ważną naradę. Troje dzieci od czterech lat wychowuje korespondencyjnie. Od poniedziałku do piątku urzęduje w Warszawie, w weekendy wraca do Mysłowic. Pomaga jej mąż. Idealnie skrojony garnitur w tenis, jaskrawa, szafirowa bluzka. W telewizji wydaje się wysoka. A naprawdę jest drobna i zawsze chodzi na obcasach. Energiczna, bezpośrednia. Zamawia butelkę coca-coli, szpilki luźno lądują pod stołem. Wywiad rozpoczyna się co do minuty.


ELLE: Bałam spóźnić się do Pani Minister! Wyszłam z redakcji przed czasem. Krążą legendy o Pani punktualności.
ELŻBIETA BIEŃKOWSKA: Rzeczywiście wchodzę do ministerstwa zawsze przed ósmą. Pracę zaczynamy 8.15. Nienawidzę się spóźniać gdziekolwiek. Mój kierowca nigdy na mnie nie czeka. Gdybym zaspała i nie zeszła na czas, powinien od razu wyważać drzwi i wzywać policję. To jest po prostu niemożliwe, żebym nawaliła. Ja w ogóle nie lubię niesolidności w najdrobniejszych nawet sprawach. Wyszkoliłam swoich ludzi, że jak dają mi dokumenty do podpisu, to wszystko musi być sprawdzone. Nie może być literówek ani błędów stylistycznych. Zła jestem po prostu, kiedy coś takiego dostaję.

ELLE: Śląska solidność?
E.B.: Eee, tam. Zwykła ludzka odpowiedzialność. Jestem jedną z 16 osób w rządzie. To naprawdę niewielka liczba osób na tak wysokich stanowiskach. Premier musi na nas polegać w stu procentach.

ELLE: Czym można Panią wyprowadzić z równowagi?
E.B.: Kłamstwem, marudzeniem, lenistwem. Ja jestem osobą bardzo szybką. Nie lubię marnować czasu, dzielić włosa na czworo. Nie podejmuję decyzji tygodniami. Jest akcja, jest reakcja. Oczywiście słucham moich wiceministrów, radzę się, ale ostatecznie decyzję podejmuję sama. Nie znoszę też kłamczuchów. Od razu wyczuwam, gdy ktoś kręci, lawiruje. Mówi, że coś zrobił, a nie zrobił. Oj, wtedy robi się nieprzyjemnie. Ale generalnie ufam ludziom, choć przez ostatnie cztery lata kilka razy poważnie się sparzyłam. Mam kobiecą intuicję. Niektórym moim podwładnym mówię: „Ja widzę, o czym myślisz. Niczego nie ukryjesz”. Śmieję się, że na pewno zostanę kiedyś wróżką. Mam dobrze rozwiniętą inteligencję emocjonalną. Uważam, że inteligentny menedżer bez emocji to dramat.

ELLE: Co Pani czuje, gdy słyszy: ,,Bieńkowska – najlepszy minister w rządzie Tuska”. Satysfakcję, spełnienie?
E.B.: To miłe, ale mnie to nie bierze. Nie mam natury, by upajać się swoimi sukcesami, zachwycać sobą. Największą satysfakcję mam z tego, że wzięto mnie do rządu zupełnie z boku. Nie należę do żadnej partii, nikt za mną nie stoi, nie podlegam układom, partyjnym gierkom. Byłam dyrektorem departamentu w samorządzie na Śląsku. Zajmowałam się funduszami unijnymi na poziomie województwa i ktoś mnie zauważył, polecił premierowi. Moi sąsiedzi do dziś są zdziwieni, że ktoś, kto nie przeszedł normalnej partyjnej drogi, zaszedł tak daleko. Ale doceniają, że wreszcie żyjemy w kraju, gdzie takie kariery jak moja są możliwe.

ELLE: Pamięta Pani dzień, w którym zadzwonił premierTusk z propozycją stanowiska ministra rozwoju regionalnego?