Białe ślady po ramiączkach kostiumu stają się coraz mniej widocznie, a my powoli tracimy pewność siebie. Wprawdzie moda na blade policzki powraca od czasu do czasu, ale białe nogi o ziemistym odcieniu nigdy nie wchodzą do kanonu piękna. Redakcja ELLE.pl postanowiła przetestować różne sposoby na walkę z jesienną bladością. Wolisz bronzer, samoopalacz czy rajstopy w spreju?

Ziemia egipska BIKOR

Ziemia Egipska BIKOR, fot. mat. prasowe

 

Kosmetyk kultowy - rzadko używam takich mocnych słów nawet w stosunku do produktów, które lubię i z którymi się nie rozstaję. Ale ten na nie zasługuje. Pamiętam "ziemię" jeszcze z kosmetyczki mojej mamy (kosmetyk był zazwyczaj zdobyczą z zagranicznych podróży). Potem rynek zalały podróbki, a wielbicielki Ziemi Egipskiej podzielili dwaj producenci. Ja zostałam przy kosmetyku produkowanym we Włoszech przez firmę Bikor. Jego formuła to wypiekany, wilgotny kamień, który w składzie ma bogaty krem z dodatkiem protein jedwabiu, olejkiem jojoba i witaminą E. Na pierwszym miejscu w spisie składników znajduje się tu mica, której obecność wymagana jest w oryginalnych produktach tego typu. Bronzer naprawdę pielęgnuje skórę, a uzyskiwany kolor można stopniować (mistrzynie pędzla Bikor potrafią wzmocnić efekt naturalnej opalenizny aż dziewięciokrotnie, co nadal wygląda naturalnie). Ziemia Egipska Bikor nie zawiera mieniących się drobinek, więc wykończenie jest złotobrązowe, jednolite i jedwabiste. To też kosmetyk idealny do modelowania twarzy - często zastępuję nim róż.

Cena: 149 PLN

Dalej: rajstopy w spreju >>>

Rajstopy w spreju: Sally Hansen Airbrush Legs

Rajstopy w spreju Sally Hansen Airbrush Legs, fot. mat. prasowe

Rajstopy w spreju mogą wydawać się zbędną ekstrawagancją, ale zapewniam, że są całkiem przydatne. Od kiedy na tzw. salonach nie wypada pokazać się w rajstopach nawet przy 5-stopniowym mrozie, stały się bardzo popularne. Dlaczego? "Rajstopy" od Sally Hansen doskonale wyrównują koloryt skóry, nadają jej naturalny, lekko opalony odcień (nie solariowy pomarańcz). Nie potrafią wprawdzie zamaskować siniaków, ale przykrywają drobne blizny, przebarwienia, zaczerwienienia i co najważniejsze - rozstępy. Dzięki nim czuję się bardziej pewna siebie.

Aplikacja jest dość łatwa. Producent zaleca nakładanie "rajstop" dłońmi, ale rozpylanie bezpośrednio na nogi jest szybsze i nie zostawia nierówności. Po odczekaniu 60 sekund można się ubrać - nie zostawiają śladów na ubraniu i trzymają się lepiej niż każdy podkład do twarzy. Dla mnie - hit.

Kolejny sprawdzony kilkuletnim doświadczeniem kosmetyk w naszym zestawieniu. Rajstopy w sprayu stosuję jak natryskowe opalanie DIY we własnej łazience (uwaga, jeśli jesteś Pollockiem w spódnicy, lepiej zamknij się z kosmetykiem w kabinie prysznicowej, żeby rozpylanie mieć pod kontrolą). Produkt daje dużo bardziej naturalny efekt niż airbrush a dodatkowo pozostawia przyjemną "nylonową" gładkość. Do wyboru mamy kilka odcieni - od jasnego po opalony. Zacieków brak, efekt krycia jest naprawdę zadowalający, ale po rozpyleniu kosmetyku wprost z atomizera najlepiej rozetrzeć jeszcze strategiczne miejsca dłonią dla perfekcyjnego wykończenia.

Cena: ok. 40 zł

Dalej: samoopalacz w piance >>>

Samoopalacz w piance: St. Tropez Self Tan Bronzing Mousse

Samoopalacz w piance: St. Tropez Self Tan Bronzing Mousse, fot. mat. prasowe

Muszę się przyznać do czegoś, nigdy nie używałam samoopalacza! Zawsze się bałam, że na skórze zostaną brzydkie "zacieki" albo, że kolor będzie za ciemny i tak dalej... Półki z tymi kosmetykami omijałam szerokim łukiem. 

Test odkładałam do ostatniej chwili, ale teraz wiem, że moje obawy były bezpodstawne. Po pierwsze, produkty St. Tropez mają przyjemny, lekko perfumowany zapach. Dzięki temu, że pianka ma kolor brązowy łatwo się ją rozprowadza po ciele. Obojętnie czy robisz to przy pomocy specjalnej gąbki, czy ręką. Jako że jestem niecierpliwa, po pewnym czasie zrezygnowałam z aplikatora na rzecz własnej dłoni. Potem wystarczy umyć ręce w ciepłej wodzie z mydłem.

Plusem jest również to, że samooplacz szybko schnie (na opakowaniu napisane jest, że wystarczy 60 sekund, ale dla bezpieczeństwa lepiej odczekać pięć minut). Po czterech godzinach należy wziąć prysznic i można zacząć cieszyć się złotą opalenizną.

Cena: 99 PLN/ 120 ml; 149 PLN / 240 ml; rękawica do aplikacji 31 PLN

Dalej: Samoopalający krem do twarzy >>>

Samoopalacz do twarzy: St. Tropez Gradual Tan Everyday Face 

Samoopalacz do twarzy: St. Tropez Gradual Tan Everyday Face, fot. mat. prasowe

Nie lubię samoopalaczy ze względu na zapach, ale St. Tropez Gradual Tan bardzo miło mnie zaskoczył. Jest zupełnie pozbawiony dziwacznego zapaszku znanego z balsamów samoopalających. Przeciwnie - pachnie bardzo przyjemnie. Sam efekt jest delikatny. Krem służy do codziennego stosowania, a opalenizna pojawia się stopniowo. Dzięki temu łatwo jest uniknąć nierównego koloru - uważajcie tylko na skórę nad brwiami. Krem St. Tropez bardzo dobrze nawilża i jest bardzo wydajny - mała porcja kremu wystarczy na całą twarz.

Cena: 50 ml / 69 PLN

Dalej: bronzer w kamieniu >>>

Bronzer: Clinique True Bronze Pressed Powder Bronzer

Clinique True Bronze Pressed Powder Bronzer, fot. mat. prasowe

Lubię bronzery. Uważam, że nie ma lepszego produktu do modelowania kształtu twarzy. To mój kosmetyczny „must have” i zawsze mam go przy sobie. Clinique True Bronze Pressed Powder Bronzer jest pudrem w kompakcie. Małe eleganckie opakowanie z lusterkiem i pędzelkiem z naturalnego włosia to dodatkowy plus. Tym bardziej, że pędzelek ma etui, co zabezpiecza go przed zanieczyszczeniami. Puder ma beztłuszczową formułę o przedłużonej trwałości. Przy mojej tłustej cerze to bardzo ważna sprawa. Poza tym faktycznie jest niesamowicie trwały. Po aplikacji pozostawia w zależności od efektu, jaki chce się uzyskać dość subtelny efekt (raczej matowy, bo drobinki są prawie niezauważalne). Dlatego też nadaje się do codziennego użycia i dziennego makijażu. Mimo, że lato minęło, pozostawia skórę jakby muśniętą słońcem.

Cena: 139 PLN