Katarzyna Bonda, autorka powieści kryminalnych, m.in. „Tylko martwi nie kłamią”, „Florystyka”, „Pochłaniacz”.

CIAŁO DOGONIŁO UMYSŁ

Nie wierzę w serduszka, połówki, przeznaczenie, cały ten pic, którym księżniczki z bajek nasączają głowy małych dziewczynek. „Kocham cię” przez lata używałam jako karty przetargowej, alibi lub słowa wytrychu. Nie wierząc. Do dziś najłatwiej czynię takie wyznanie w stanie ekstazy.

Ale miało być o seksie. Tak, przecież o tym mówię. Bo miłość cielesna, fizyczne porozumienie, egoistyczna przyjemność odklejenia się od rzeczywistości i radość dawania tego samego drugiej osobie, wreszcie zespolenie „po” w moim odczuciu nie istnieją bez miłości. Jeśli chodzi o mnie, tylko w ten sposób – fizycznie – mogę okazywać uczucia. Słowa nie mają znaczenia.

Byłam wychowywana na damę. Nie puszczaj się ani nie myśl o seksie. To ciemna materia, brudna, zła. Na seks masz jeszcze czas. Pochodzę z rodziny prawosławnej, z małego miasteczka. Wszystko, co rodzice nakładli mi do głowy o seksie było zabarwione słowem „grzech”. Kobieta prawosławna nie może wejść do świątyni bez chustki, bo jej włosy mogą wodzić na pokuszenie wiernych. Spódnica do kostek, najlepiej workowata. Bądź skromna. Twój mąż ma prawo widzieć twoją urodę, inni nie muszą. Pytanie, jak mam znaleźć męża w worze Juranda pozostawiano bez odpowiedzi. Bo, żeby uprawiać seks, trzeba mieć męża. Pamiętam, jak po jednej z pierwszych randek (niewinnych, miałam za sobą tylko pocałunki z pierwszym chłopakiem, w którym byłam okrutnie zakochana) wbiegłam spóźniona do domu. Ojciec i matka czekali na mnie w progu z posępnymi minami. Był kwadrans po 22. Spóźniłam się tylko 15 minut, ale afera była, jakby wybuchła wojna. Miałam wszak 19 lat (byłam chyba ostatnią dziewicą w klasie) i pierwszego chłopaka. Widziano nas na mieście jak się publicznie obejmujemy. Ojciec milczał, matka mnie sztorcowała. Kiedy ośmieliłam się przyznać, że tak, obściskiwałam się z chłopakiem pod klatką, ale do niczego więcej nie doszło, choć owszem, myślałam o tym, by brać tabletki antykoncepcyjne, pierwszy i ostatni raz z ust mojej matki padło brzydkie słowo „dziwka”. W pierwszym odruchu popłakałam się i schowałam do swojego pokoju. Dopiero ojciec przeprosił mnie i po swojemu, bardzo nieudolnie, próbował przestrzegać przed ciążą, tymi, którzy chcą mnie wykorzystać, gwałcicielami etc. Wtedy jednak konotacja „dziwka” stała się na całe lata synonimem mojej seksualności. Jest jasne, że młody człowiek wie, że „starzy” to robią. Z czasem orientuje się, że to przyjemne. Chce sam uprawiać seks, sprawdza swoją atrakcyjność. Po akcji z „dziwką” robiłam to ostrożniej i w tajemnicy przed rodzicami. A kiedy zerwałam się ze smyczy (wyjechałam na studia), naprawdę sporo eksperymentowałam.

Gdzieś w podświadomości zostało jednak zaszczepione, że seks to materia ciemna, niebezpieczna, tabu i lepiej, by - nawet dla mnie samej - pozostała tajemnicą. Efekt? Przez lata nie mogłam zrozumieć, jak to jest, że wybieram mężczyzn biegunowo. Tych dla damy, którzy podobali się mojej matce, ale w łóżku szło nam jakbyśmy heblowali deski lub z którymi zamiast się kochać, prowadziliśmy intelektualne dysputy. I tych dla dziwki - sekretnych kochanków, którzy doprowadzali do rozkoszy moje ciało, ale nie ufałam im, bo nie nadawali się do układania sobie z nimi życia. To się musiało skończyć katastrofą. Związałam się z facetem, z którym zaszłam w ciążę, ale poza seksem nic nas nie łączyło. Rozstaliśmy się, kiedy moja córka miała pół roku. Potem byłam sama przez wiele lat. Seksu nie uprawiałam wcale. Czułam się jak zamrożona. Ale samotność jest dobra, macierzyństwo bardzo dobrze kobietę dyscyplinuje, a ciąża i zmiany zachodzące w organizmie (hormony, tycie, chudnięcie, karmienie piersią) zrobiły swoje i wreszcie miałam odwagę odrzucić te błędne stereotypy, którymi mnie złamano. Może też potrzebowałam czasu, by dojrzeć. Kiedy się jest samemu matką, zmieniają się priorytety. Niektóre rzeczy ma się po prostu w nosie.

Dziś mam 38 lat i dopiero kilka lat temu moje ciało dogoniło umysł. Czuję się najatrakcyjniejsza w życiu, choć oznaki starzenia są już wyraźnie widoczne. A ponieważ zaczęłam czuć się dobrze w swoim ciele, spotkałam odpowiedniego faceta. Nie odwrotnie! Jestem w naprawdę niezłym związku. Seks odgrywa w nim rolę kluczową. Ku rozpaczy mojej matki nie zamierzam wychodzić za mąż. Sądzę, że – choć mam przecież dziecko - ona nadal nie może uwierzyć, że jej córka kocha się z mężczyzną. Do cerkwi chodzę rzadko i nigdy w chustce. Kiedy wybierałam swojego faceta, kierowałam się pragmatyzmem. Imponował mi, czułam się z nim bezpiecznie. Nie myślałam o nim jak o obiekcie seksualnym. Do łóżka poszliśmy po prawie trzech latach znajomości. Ale było tak, jakbyśmy się znali zawsze, jakby nikt przed nim i po nim miał nie istnieć. Przeżywamy oczywiście ekstazy, jest rozkosz. Zachwyca mnie to, że mija już kolejny rok relacji, a nasze pożądanie nie gaśnie. Może dlatego, że traktuję dziś seks nie jak Hades czy raj, lecz coś naturalnego, ot, jedno z ludzkich zachowań. Przestałam demonizować miłość fizyczną czy narzucać jej kalkę romantyzmu. Seks nie jest ani diabelski, ani też Bóg wie jakim uniesieniem. Po prostu czynność, emanacja uczucia, bliskość. Przytulamy się, czuję napięcie. Czasami jest ostro. Bo jesteśmy dla siebie nawzajem uważni, wiemy, co lubimy i – jeśli o mnie chodzi - domagam się tego bez pruderii, egoistycznie. Tak samo jak chciałabym nowych butów. Chcę te, a nie żadne inne. Dziś wkładam trampki, a jutro szpilki. Mój facet sądzi podobnie i dobrze mnie wyczuwa. Myślę, że to jest kwestia uważności. Wszystko mamy w głowach.

Czasem tylko, kiedy on albo ja musimy wyjechać, naprawdę tęsknię fizycznie. I kiedy po powrocie się kochamy, wydaje mi się zawsze, jakby to był pierwszy raz. Zawsze się martwię, że już nigdy nie będzie mi tak dobrze. I zawsze się mylę. Uwielbiam poza tym ten stan głębokiego relaksu, który osiągam tylko w trakcie i po seksie. Zwykle wtedy mój kochanek wymusza na mnie, bym mu „to” powiedziała. Opieram się, ale wreszcie pada zaklęcie: “Kocham cię, przecież wiesz”. Wtedy on się śmieje. “Tak naprawdę kochasz seks” - mówi. Odpowiadam mu zawsze, że przecież on jest seksem.