Z dziewczynami i resztą ekipy spotkałam się kilka miesięcy temu w potężnych halach w Tres Cantos pod Madrytem. To w nich wybudowano cały Bank Hiszpanii, jego hall i gabinety. Przyglądałam się nagrywanym scenom, które znalazły się jeszcze w trzecim sezonie. Inne weszły do tego, który już możecie oglądać na platformie Netflix. Teraz spotykamy się wirtualnie. Widzimy się na odległość. Wywiady w czasach pandemii… Wszyscy już się do nich powoli przyzwyczajamy. I mamy te same obawy, ale Úrsula, jak i Alba z nadzieją patrzą w przyszłość. Są w dobrych humorach, żartują. Cieszą się na nowy sezon. Żadna nie widziała jeszcze nowych odcinków. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

MAÑANA #LCDP4 TOMORROW #LCDP4

Post udostępniony przez Úrsula Corberó (@ursulolita) Kwi 2, 2020 o 8:24 PDT

Úrsula Corberó to it-girl, którą na Instagramie śledzi już prawie 13 milionów obserwatorów. Jest wielką gwiazdą nie tylko w Hiszpanii i Argentynie (stamtąd pochodzi jej chłopak, Chino Darín, również aktor). Corberó mówi, że nie ma szans przejść niezauważona ulicami Nowego Jorku, a nawet Japonii. W Madrycie natomiast nie zobaczycie jej w kultowych barach Malasañi. Woli towarzystwo przyjaciółek i domówki. „Nie byłabym w stanie zrobić kroku, nagle zbiera się mnóstwo ludzi. Impreza nie byłaby przyjemna ani dla nich ani dla mnie”, śmieje się głośno. Nieprzypadkowo Jesús Colmenar, reżyser „Domu z papieru” – najchętniej oglądanego nieanglojęzycznego serialu na Netfliksie, wybrał do roli Tokio Úrsulę. Wiele zachowań Tokio to kalka Úrsuli właśnie. Łącznie z buntowniczą naturą.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Aquí llega.... Mañana a partir de las 9 #lcdp4 @lacasadepapel en @netflixes

Post udostępniony przez Alba Flores (@albafloresoficial) Kwi 2, 2020 o 1:36 PDT

Buntowniczką jest również Alba Flores (6,8 mln obserwatorów na Instagramie), fantastyczna aktorka pochodząca ze słynnej artystycznej rodziny hiszpańskich Romów – klanu Flores. Jej babka Lola, artystka flamenco, stała się za życia symbolem hiszpańskiej kultury. Jej ojciec Antonio Flores również był muzykiem flamenco. Podobnie jak ciotka, Rosario Flores, którą w Polsce kojarzymy choćby z pięknej roli w filmie Pedro Almodóvara „Porozmawiaj z nią”. Alba walczy z rasizmem, niesprawiedliwościami, swoje poglądy wyraża poprzez teatr niezależny. Jest całkiem inna od Úrsuli. Jednak świetnie się dogadują. Tak w życiu, jak w filmie. Alba nienawidzi obcasów, Úrsula nie wyobraża sobie bez nich życia. Alba ma poczucie humoru, jednak waży słowa, Úrsula idzie zawsze na żywioł. Obie są zgodne co do fundamentalnych kwestii związanych z rolą kobiet w życiu codziennym. „Nadszedł czas matriarchatu” to już nie tylko słynne hasło serialowej Nairobi.

Maja Chitro/ELLE.pl: „Nadszedł czas matriarchatu” (Empieza el martiarcado) to słynne hasło Nairobi, które szybko zdążyło wejść do słownika kultury popularnej. Myślicie, że w naszym świecie matriarchat się już zaczął?

Úrsula Corberó: To powinno było się już dawno wydarzyć. Na szczęście z dnia na dzień obserwuję coraz więcej zmian i chyba idziemy w dobrym kierunku. Są rzeczy, z których dopiero teraz zaczynamy zdawać sobie sprawę, a w efekcie zadajemy pytanie: jak to możliwe, że społeczeństwo funkcjonowało w systemie patriarchalnym przez wieki? Kobietom narzucano marginalne role, przyzwyczajano je do nich. Wciąż musimy się wiele nauczyć i poprawić. Ale kierunek jest właściwy.

Alba Flores: Wydaje mi się, że w życiu jest trochę jak w serialu – jest jakiś pomysł, są chęci, ale realizacja wcale nie jest taka łatwa. Żyjemy w systemie patriarchalnym od lat – a właściwie od wieków. Nie będzie łatwo zmienić tego porządku i odwrócić wszystko to, co znamy, do góry nogami. Za to widzę wśród kobiet ogromną mobilizację. Być może więc uda się wiele rzeczy naprawić szybciej niż mogłoby się wydawać. 

Matriarchalne hasło Nairobi bardzo na serio traktuje serialowa Tokio, która nigdy nie akceptowała dominacji mężczyzn w kategoriach czegoś normalnego, naturalnego. W jednym z pierwszych odcinków nowego sezonu jest piękna scena, w której twoja bohaterka, Úrsulo, zbliża się do związanego Palermo. Ten obraża ją ze względu na to, że jest kobietą, na co Tokio ze słodkim spokojem pyta: „obraziłeś się na mamusię?”. W 100% przeszywająca siła kobiety.

Úrsula: Nie mogę uwierzyć, że o tym mówisz! Wiesz dlaczego? Bo to ja napisałam tę scenę! Miałam wrażenie, że wszyscy mężczyźni, którzy dowodzą napadem, jak Berlin czy Palermo, pozostają w sferze języka w jakiś sposób bezkarni. Zawsze było tak, że my – dziewczyny, albo się nie wtrącałyśmy, bo właśnie weszłyśmy w środek jakiejś utarczki słownej, albo skrzyczane stawałyśmy się lekko zagubione. Nagle więc pomyślałam: dosyć tego, nie może tak być! W dzień, w którym nagrywaliśmy sceny, o których wspomniałaś, rozmawiałam z reżyserem i powiedziałam mu, że coś napisałam, bo potrzebuję w końcu odpowiedzieć chłopakom. Tak bardzo wczułam się w rolę Tokio, że stałyśmy się niemal jednością. Czułam, że to ja, Úrsula, muszę odpowiedzieć. A w takich sytuacjach z doświadczenia wiem, że najlepszym sposobem jest przekroczenie kolejnych granic, a więc potraktowanie faceta jak małego dzieciaka. Dlatego ucieszyłam się, że o tym wspomniałaś, to tekst, z którego jestem niezwykle dumna.

To nie jest długa wymiana zdań, ale za to bardzo konkretna. 

Úrsula: I mocna. Ale męscy bohaterowie są często bardzo obcesowi względem Tokio. Dziewczyny nigdy ich tak konkretnie nie potraktowały, zgodzisz się ze mną? Więc dobrze wyrównać rachunki. Jak w życiu. 

Na dodatek z uśmiechem na ustach.

Úrsula: I całą miłością tego świata. (śmiech)

Obie mówicie dużo o feminizmie. Ale co on dla was konkretnie oznacza? Żyjemy w XXI wieku, a wciąż walczymy o podobne, podstawowe prawa, niezależnie od tego czy w Polsce czy w Hiszpanii. 

Alba: Każdy, kto choć odrobinę myśli i uważa, że świat powinien stać się lepszym miejscem, jest feministą. To pociąga za sobą rewolucję potrzebną do tego, żeby kobiety i mężczyźni mogli żyć we względnej sprawiedliwości. 

Úrsula: Być feministką oznacza respektowanie kobiet i dawanie im takich samych szans i uznania, jakimi cieszą się mężczyźni. Ale też być samowystarczalną. Uwielbiam kobiety, kocham z nimi przebywać. Inspirują mnie wszystkie moje przyjaciółki. Kobiety mają potężną moc. Mężczyźni doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego przez setki lat próbowano nas uciszać.

A ruch #metoo? W Hiszpanii też odbił się takim echem jak w innych krajach?

Alba: Nie.

Bo nie macie z tym problemu? W to nie uwierzę.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Quedamos el 3 de Abril! #lcdp4 @lacasadepapel Hasta entonces #yomequedoencasa Ánimo Madrid #laresistencia

Post udostępniony przez Alba Flores (@albafloresoficial) Mar 12, 2020 o 7:35 PDT

Alba: Oczywiście, że problem istnieje. Ale tu, w Hiszpanii, pojawiło się wiele niesprawiedliwych wyroków, w których poszkodowane były kobiety, niekoniecznie ze świata sztuki i kultury. Szczególnie głośny stał się proces, a jeszcze głośniejszy skandaliczny wyrok, który zapadł – pisały o nim chyba wszystkie media na świecie. Dotyczył gwałtu zbiorowego na młodej dziewczynie dokonanego przez grupę 5 zwyrodnialców (sąd skazał tzw. Watahę zbiorczo na 9 lat więzienia, uznając, że nie ma mowy o gwałcie, ponieważ kobieta nie stawiała fizycznego oporu, i sklasyfikował przestępstwo jako wykorzystanie seksualne – przyp.red.). To było okrutnie niesprawiedliwe. Obudziło w nas ogromną siłę do walki, wyszłyśmy na ulice. To jest nasze #metoo, ale nazywamy je #YoSiTeCreo – Ja ci wierzę.

W wywiadach dużo mówisz nie tylko o kobietach, feminizmie, ale również rasizmie. Sama pochodzisz z rodziny hiszpańskich Romów. Dlaczego, twoim zdaniem, w Europie w 2020 roku borykamy się z tym absolutnie zawstydzającym problemem?

Alba: Bo są rzeczy, do których wielu rządzących nigdy się nie przyzna – jak na przykład zmiany klimatyczne i ich wpływ na migracje ludzi. Albo wzniecanie wojen. Z konsekwencjami nie potrafimy sobie radzić nawet jako społeczność globalna. Zamiast wziąć za to odpowiedzialność, przyjąć osoby potrzebujące, politycy wolą skupić się na szerzeniu bzdur i rasizmu. Należy jednocześnie pamiętać, że wojny, zamykanie granic, to też potężny biznes. Dlatego polityka rasistowska jest w fazie apogeum, za co odpowiada europejska skrajna prawica – ci ludzie zawsze szukają winnych i zawsze szukają wroga, żeby w społeczeństwie wzbudzać ciągły strach, a tym samym nim sterować. Tym wrogiem od kilku lat są emigranci. 

To najprostszy wróg do wskazania – obcy.

Alba: Oczywiście, szczególnie jeśli do jego obrzydzenia używa się argumentów, które nie mają żadnych podstaw – ani naukowych, ani historycznych, ani ludzkich.

Porozmawiajmy chwilę o twojej postaci w czwartym sezonie „Domu z papieru”. Reżyser w trzecim sezonie pozostawił nas z pytaniem, co dalej z postrzeloną Nairobi? Czy rana jest śmiertelna? Widziałam już kilka nowych odcinków. Rozmawiamy, więc nie będzie tajemnicą, jeśli powiem, że Nairobi żyje. I złagodniała. Czujesz, że dużo zmieniło się w twojej postaci na przestrzeni tych czterech sezonów?

Alba: Powiedziałabym, że odbyła długą podróż. Po pierwszym ataku na Mennicę świat rozpada się na kawałeczki. Potem uczy się żyć i robi wszystko, żeby odzyskać swojego syna. Teraz Nairobi uczy nas czegoś nowego. Poza tym bardzo się otwiera na innych. Zmierzenie się ze śmiercią ukazuje nowe możliwości. Przenosi ją do innego miejsca.

Za co ją najbardziej podziwiasz?

Alba: Za zdolność do akceptowania zmian, umiejętność nauki, kontynuowanie rzeczy mimo niesprzyjających okoliczności. Ma niestandardowe zajęcie, ale wykonuje je na 100%. I ma dekalog wartości. Oczywiście, jest przestępczynią, łamie prawo, ale istnieje jej kodeks, którego przestrzega niczym świętości, jest do niego przywiązana. To jest piękne. Kodeks honorowy, który w serialu jest tak ważny dla mojej bohaterki, jest też ważny prywatnie dla mnie. Sama się tego uczę – mieć swój kodeks honorowy to ważna rzecz. 

Tokio jest za to buntowniczką. I ciebie Úrsulo ten bunt prześladuje w kolejnych rolach – zaczynając od serialu młodzieżowego „Fisica o Quimica”, przez „Ambasadę” po film „Drzewo krwi” (które można obejrzeć na Netfliksie). 

Úrsula: Ja jestem buntowniczką totalną. (śmiech) I wydaje mi się, że ten bunt w społeczeństwie jest niedoceniany. Podobnie jak skromność jest przeceniana. Wkurza mnie to. Ja lubię się buntować. To oznaka własnego, wyjątkowego sposobu myślenia, bycia wiernym sobie i swoim pomysłom.

Pytam o ten bunt, bo aktor nie żyje tylko własnym życiem, ale również życiem swoich bohaterów, przynajmniej w trakcie przygotowywania się do roli czy zdjęć. Jak ty sobie radzisz z tym ciężarem emocjonalnym? Wracasz do domu i co?

Úrsula: No nie radzę sobie. Bywa, że wracasz do domu kompletnie wypluta, zdarza mi się to. A zdarza się, że budzisz się najszczęśliwsza, ale cały dzień w pracy musisz płakać. Albo odwrotnie, budzisz się zdołowana, a po chwili musisz być przed kamerą szczęśliwa. Chyba nie istnieje jakaś technika oderwania się od tych emocji. To coś, do czego się przyzwyczajamy jako aktorzy, albo wcale nie – nigdy się to nie udaje. Trzeba zaakceptować, że jest to część naszej pracy, naszego życia i jest wynikiem decyzji, jaką podjęliśmy. Aktorstwo jest zawodem wymagającym stuprocentowego poświęcenia. Oczywiście często poświęcenia się opłacają – tak jest w tym przypadku. Wracam do domu i nie jestem w stanie wydobyć z siebie żadnej emocji. Ale mówię sobie wtedy: ok, pozwalam sobie na to, bo jutro wstaje nowy dzień i poczuję się lepiej. 

„Dom z papieru” stał się natychmiast fenomenem kulturowym. Widzowie posługują się waszymi dialogami, śpiewają „Bella, ciao!”, a z maską Dalego idą protestować przeciwko systemowi. Jesteście cytowani na całym świecie. Jak się z tym czujecie?

Alba: Uczę się ciągle, jak sobie z tym radzić, bo to duży sukces, który może przytłoczyć. Należymy do fenomenu popkulturowego, jak to ujęłaś. Ale ma on to do siebie, że z czasem mija. Dziś jesteś na szczycie, jutro cię już nie ma. Wystarczy, że pojawi się coś nowego, łatwo się zapomina. Dlatego staram się być bardzo czujna. Rozumiem to, że rzeczy przychodzą i odchodzą. Twardo stąpam po ziemi, koncentruję się na rzeczach, które w życiu są ważne. Ta popularność „Domu z papieru” jest nie do ogarnięcia. Potęga! Ale nie jestem w stanie jej kontrolować i dobrze mi z tym.

Kolejnym fenomenem jest czerwony kombinezon. Ty też dziś masz na sobie czerwień, Albo…

Alba: Tak, próbowałam się dopasować do konwencji, w końcu ktoś to zauważył.

Czerwień oznacza siłę. A mnie ciekawi czy masz jakieś ubranie w swojej szafie, które przynosi ci szczęście i daje tę siłę?

Alba: Uwielbiam garnitury. Częścią mojego zawodu są regularne wyjścia, promocje, przyjęcia. Wcześniej traktowałam je bardzo poważnie, rozmawiałam ze stylistami i robiłam to, co mi kazali. Potem zdałam sobie sprawę, że w większości przypadków nie czułam się w tych ubraniach dobrze. Okazało się, że najlepiej jest mi w męskich garniturach. Czerpię z nich siłę i jest mi wygodnie. Nigdy nie należałam do grona dziewczyn kochających obcasy. Za każdym razem jak je ubierałam stawałam się inną osobą, a przecież nie występowałam wtedy na deskach teatru czy przed kamerą. Teraz, gdy nie godzę się na te wszystkie sukienki i obcasy, czuję się super. Jestem pewniejsza siebie. I bardziej autentyczna.

Czyli też bunt…

Alba: Zawsze mi się wydaje, że jestem bardzo spokojna. Ale ludzie, którzy mnie znają mówią wprost, że jestem buntowniczką nie do wytrzymania. (śmiech)

A czy niezależny teatr, który współtworzysz nie jest właśnie takim sprzeciwem, typem buntu? Niezależny czyli przeciwko systemowi. Na warsztat bierzecie m.in. dzieła niemieckiego dramaturga Bertolta Brechta – czołowego buntownika i rewolucjonisty.

Alba: Trochę tak, teatr niezależny faktycznie jest wystąpieniem przeciwko jakiemuś systemowi, trudno go prowadzić, nikt za nami nie stoi. Nie gramy w nim też, żeby zarobić pieniądze, ale szerzyć kulturę, nasze myśli i przekonania. Teatr sam w sobie, szczególnie dla nas, którzy występujemy na co dzień na ekranie, jest przestrzenią, w której wciąż wolno nam być wywrotowymi, myśleć, zadawać pytania, powątpiewać. Cudowne i wyzwalające. Brecht o tym wiedział!

A czego się boicie? Na twoim Instagramie Úrsulo zgromadziłaś prawie 13 milionów obserwatorów…

Úrsula: I już jak mi o tym przypominasz, dostaję ataku paniki! (śmiech)

Niedawno powiedziałaś ważną rzecz: że kobiety w mediach społecznościowych są o wiele bardziej narażone na ataki ze strony innych kobiet, ale i mężczyzn. Że ocenia się ich intelekt, ich styl, ich fizyczność. Jest dużo hejtu.

Úrsula: A ja czuję się w tym bezsilna. Dużo o tym myślę, Instagram ma jakieś bzdurne podwójne standardy. Dlaczego nie możesz pokazać kobiecego sutka, ale komentować najokrutniej zdjęcia innych osób już tak? Nie nakłada się na to żadnego filtra! Chyba powinno być odwrotnie? To obrzydliwe i niesprawiedliwe. Sutek robi komuś krzywdę? Boli? A komentarze oczywiście, że ranią. Jestem silną kobietą, Od czasu do czasu zerkam, co ludzie do mnie piszą i wielokrotnie zdarzyło się, że rozbolał mnie brzuch. Na szczęście umiem się odciąć. Myślę jednak, że ktoś powinien się tym zająć i kontrolować, co się tam dzieje, bo hejt prowadzi to tragedii. Poza tym mówienie ohydnych rzeczy osobie, nie patrząc jej w twarz, jest oznaką zwykłego tchórzostwa.