Każda kobieta ma taki moment, w którym uświadamia sobie, że dłużej tak być nie może. W moim przypadku stało się to pewnej niedzieli, na gigantycznym kacu”. Zanim jednak przewrócisz stronę, myśląc, że to krępujące wyznanie należy do wyżej podpisanej, wyjaśnię, że jest to cytat z książki Marianne Power „Help me! Czy poradniki rzeczywiście pomagają zmienić życie na lepsze”. Autorka przez prawie półtora roku testowała na sobie najpopularniejsze poradniki – od „Mimo lęku” Susan Jeffers, przez „I Can Make You Rich” Paula McKenna, po „Sekret” Rhondy Byrne. Miała stać się dzięki temu bogata, mądra i szczęśliwa. Od razu czułam, że to moja pokrewna dusza. Ktoś w rodzaju spadkobierczyni Bridget Jones, idolki mojej młodości, która rady z książek samopomocowych traktowała z cudowną wybiórczością. Podobnie jak dla Bridget i Marianne Power poradniki są dla mnie czymś w rodzaju chipsów, czekolady lub grzanek z serem – zakazaną przyjemnością, po którą sięgam z takim samym poczuciem rozkoszy co winy. Gdy kupuję kolorowe magazyny, wabikiem jest dla mnie nie zdjęcie gwiazdy na okładce czy kolejny ważny temat społeczny, ale wszystko to, co mieści się w szeroko pojętym dziale „psychologia”. Uwielbiam porady, triki, patenty, patenciki. 

Wcale nie jestem w tym upodobaniu odosobniona. Gdy przeglądam listy bestsellerów księgarni internetowych, w czołówce widzę poradniki. Jak schudnąć (i nigdy nie utyć)? Jak być fit (i się nie spocić)? Jak dobrze wyglądać w każdym wieku (i nie wydać fortuny na ubrania)? Jak być skuteczną w pracy (czyli nie zawalać terminów)? Jak znaleźć idealnego partnera (co ciekawe, dla mężczyzn takich poradników nie ma)? Oraz, mój ulubiony: jak czyszcząc zlew, oczyścić swoje emocje (czyli być perfekcyjną panią własnego życia)? – Potrzeba rozwoju jest wpisana w nasz gatunek – przekonuje Maria Rotkiel, terapeutka i autorka poradników „Wojowniczki, królowe, laleczki. Czy wiesz jaką kobietą jesteś”, „Poradnik szczęśliwej mamy” i innych. – Sztuka, religia, wynalezienie pisma czy postęp techniczny to odpowiedzi na tę potrzebę. To, co się przez wieki zmieniło, to rodzaj porad, jakich poszukujemy. Tu trendy 
dyktuje kultura. 

Faktycznie. Z końca lat 80. czy 90. pamiętam głównie poradniki dotyczące savoir-vivre’u, czyli zachowania się w nowym, nieznanym świecie biznesu. Potem była fala książek wyjaśniająca, dlaczego tak trudno wejść w dobry związek bez swatki i presji społecznej (faceci są z innej planety, a my musimy być zołzami, jeśli chcemy, by z nami byli – dzisiejsza ja nie zamierza tego nawet ironicznie komentować). Kolejny trend? Do niedawna mój ulubiony, czyli efektywność! Odpowiedź na pytanie, jak być maszyną w pracy i przebijać kolejne sufity. Dalej były poradniki namawiające do tego, żeby z walki o związek i karierę zawrócić i skupić się na sobie. Wyciszyć. Zapalić świecę. Zrobić ziołową herbatę. Tak, to skandynawskie hygge i wszystkie kolejne mutacje tego zjawiska. Wpisuje się ono w szerszy trend mindfulness, czyli jak lepiej żyć dzięki kolorowankom, obserwowaniu drzew, robieniu porządków w szafie czy – mój ulubiony przykład – czyszczeniu zlewu. – Będę broniła takich książek – mówi Maria Rotkiel, gdy trochę sobie z nich drwię. – W każdej czynności można znaleźć coś głębszego. Tylko warto zastanowić się, po co i co one mogą nam dać. Może to przecież być technika, która pomoże nam obniżyć poziom napięcia, skupić się. Ja doceniam sprzątanie, bo robi mi porządek też w głowie – dodaje terapeutka. Szanuję ten punkt widzenia, ale dla mnie porządki są nęcące tylko wtedy, kiedy muszę napisać trudny tekst albo taki, na który nie mam jeszcze pomysłu. Oczywiście dzięki poradnikom wiem, że jest to tzw. prokrastynacja. Znam doskonale teorie zarządzania własnym czasem, różnicę między dietą kopenhaską i postem Dąbrowskiej, mogę napisać doktorat o asertywności, a mimo to jest środek dnia, siedzę w piżamie, piję trzecią kawę i nerwowo próbuję skończyć pisanie tekstu, który powinnam oddać trzy dni temu. Bo żadna wiedza i żaden poradnik nie pomogą znaleźć odpowiedzi, jeśli źle zadajemy pytanie. A przede wszystkim – nie odwali za nas roboty. 

Wrócę na chwilę do Marianne, którą podczas lektury „Help me!” zaczęłam nie tylko lubić, lecz także podziwiać. Żeby „naprawić” swoje życie, kąpała się w styczniu w lodowatej wodzie i pozowała nago studentom sztuki, zapytała grupę biznesmenów o to, czy któryś z nich umówi się z nią na randkę, jeździła na warsztaty z dziwnym guru. Nie wiem, czy zdobyłabym się na powtórzenie któregokolwiek z jej wyczynów. Może poza morsowaniem, którego spróbowałam jesienią i które w moim życiu zmieniło tylko tyle, że dało mi fajne wspomnienie. Uwaga, będzie spoiler. Misja Marianne nie została zakończona efektownym sukcesem – obsesyjne zajmowanie się sobą i analizowanie własnych problemów doprowadziły ją do depresji. Projekt samopomocy sprawił, że jeszcze bardziej tej pomocy potrzebowała. – Jeśli rzucamy się na poradniki na oślep, to będą one nas frustrować. Dostaniemy wskazówki, które mogą się wykluczać i pogłębiać złe samopoczucie – komentuje Maria Rotkiel. Szczególnie gdy szukamy rozwiązania niewłaściwych problemów. Wtedy korzystanie z poradników będzie niczym więcej niż oszukiwaniem samej siebie i marnowaniem energii. Ucieczką od życia, a nie próbą zmierzenia się z nim. – Tak może być, jeśli nie wykonamy niezbędnego pierwszego kroku: pracy z sobą. I nie zrozumiemy, czego tak naprawdę nam potrzeba – wyjaśnia terapeutka. Marianne w końcu zaczęła doceniać to, co ma, zamiast zadawać sobie pytania, co z nią jest nie tak. Mnie po dekadach odchudzania, udało się wreszcie zrozumieć, że moim problemem nie jest zła dieta, ale to, że potrzebuję wszystko kontrolować. Gdy to zrozumiałam i zaczęłam ćwiczyć odpuszczanie kontroli (i wciąż to ćwiczę), schudłam kilkanaście kilo bez wysiłku. Bardzo mi w tym pomogła też książka „Food pharmacy”, która uczy myślenia o tym, co jeść, a nie tego, czego nie jeść. A z tym, że jestem mistrzynią prokrastynacji, po prostu się pogodziłam i redaktorów uprzedzam, że się spóźnię z tekstem albo umawiam się na termin zakładający obsuwę. 

Czasem proste rozwiązania są najtrudniejsze, a najtrudniejsze – szalenie proste, jeśli tylko są dobrze nazwane. A mało efektowna prawda jest taka, że każda zmiana w życiu wymaga energii i czasu. Według badań potrzebujemy aż dwa miesiące na utrwalenie nowych zachowań. Zapewne konkluzja tego tekstu powinna być bardziej optymistyczna albo choćby zawierać pięć prostych porad, jak odnieść sukces w dowolnej dziedzinie życia. Myślę, że z rozwojem osobistym jest jak z finałem „Gry o tron” – oczekujemy fajerwerków, ale na koniec okazuje się, że to najmniej efektowny wariant będzie najwłaściwszy.

Tekst Ola Salwa