Prawie nie jem mięsa, fast foody omijam szerokim łukiem, dbam o to, by na moim talerzu znalazły się warzywa i owoce we wszystkich kolorach tęczy. Ale ze słodyczy nie umiem zrezygnować. Nie objadam się. To przecież tylko mini-croissant z dżemem na porannej konferencji (nie zjadłam w domu śniadania, a nie było tam owsianki), kilka czekoladek (ale z 70 proc. kakao, i do tego fair trade), mały kawałek szarlotki (urodzinowej i domowej, nie wypadało odmówić). Według terapeutów uzależnień właśnie zastosowałam mechanizm racjonalizacji. Nerwowe tłumaczenie się i szukanie usprawiedliwień to typowe zachowanie nałogowców. Czy to znaczy, że jestem cukroholiczką? I czy już potrzebuję odwyku?

Na szczęście nie jest jeszcze ze mną tak źle, bo bez większych męczarni wytrzymuję kilka dni bez słodyczy. Tak naprawdę zwykle podjadam je bezrefleksyjnie, gdy są pod ręką (dlatego nie trzymam ich w domu i staram się nie kupować) albo gdy jestem zmęczona, łapie mnie chandra i senność. Nie ja jedna. – Słodkie to pierwsze, co przychodzi nam na myśl, gdy czujemy głód, jesteśmy osłabieni i odwodnieni – tłumaczy psychodietetyczka Katarzyna Błażejewska-Stuhr. I dodaje, że cukier działa na nas dwutorowo. – Z jednej strony jest najszybszym źródłem energii, ponieważ dostarcza paliwa m.in. dla mózgu. Z drugiej, pobudza w nim ośrodki przyjemności, które po dostarczeniu upragnionej substancji wydzielają hormony szczęścia. Tu jednak czeka pułapka. Ilość cukru niezbędna do osiągnięcia zadowolenia rośnie i z czasem potrzebujemy coraz większych dawek. Dokładnie jak z alkoholem i narkotykami. A nawet bardziej, bo jak wynika z badań przeprowadzonych na szczurach laboratoryjnych, cukier uzależnia osiem razy mocniej niż kokaina! A ten „narkotyk” jest w pełni legalny i wszechobecny. 

Słodka dyspensa może jednak się wkrótce skończyć. Narodowy Fundusz Zdrowia lobbuje za nałożeniem akcyzy na słodycze i słodzone napoje. Podatek od cukru obowiązuje już we Francji, w Kanadzie, Norwegii, Finlandii, Estonii, Irlandii i Wielkiej Brytanii. U nas ma wejść w życie w 2022 roku, jako część Narodowej Strategii Onkologicznej i narzędzie zapobiegania otyłości. Dlaczego? Bo dane niestety nie napawają optymizmem. Według GUS w 2018 roku zjedliśmy aż o sześć kilogramów cukru na głowę więcej niż rok wcześniej. Na cukrzycę w naszym kraju choruje około trzech milionów osób. I praktycznie co drugi Polak i Polka ma nadwagę.

Czy opodatkowanie słodkich napojów i przekąsek sprawi, że stracimy na nie apetyt? Nie sposób przewidzieć. W Norwegii po zaostrzeniu przepisów spożycie cukru spadło prawie o połowę. Władzom udało się też skłonić producentów do znacznego ograniczenia ilości cukru w recepturach. Ale już np. Brytyjczyków do słodyczy nie zniechęciły nawet znaczne podwyżki ich cen. – Pociąg do słodkości w dużej mierze zależy od przyzwyczajeń z najmłodszych lat. Im mniej cukru jemy, tym mniej go potrzebujemy. Kiedy jednak wyrobimy sobie nawyk jedzenia słodkich rzeczy, przyzwyczajamy do nich mózg i kubki smakowe. Dokładamy do tego nieodpowiednią dietę (jemy za mało, głodzimy się, robimy zbyt duże przerwy między posiłkami) i powstaje podatność na cukier – wyjaśnia Katarzyna Błażejewska-Stuhr. Co w połączeniu z rutyną jedzenia słodyczy na poprawę nastroju daje nam silną predyspozycję do uzależnienia.

I tu wkracza psychologia. Bo z cukrem łączy się jeszcze jeden mechanizm, zupełnie niezwiązany z fizjologią. – Gdy coś nas bolało, babcia dawała drożdżówkę. Kiedy przynieśliśmy dobre świadectwo szkolne, mama piekła ciasto. Zakończenie roku celebrowaliśmy, idąc całą rodziną na lody, a po bolesnym szczepieniu dostawaliśmy lizaka. Cukier i słodycze to nasz comfort food – mówi psychodietetyczka. Ma to głębokie podłoże. Słodki smak kojarzy się przecież z mlekiem matki, więc daje nam poczucie bezpieczeństwa i błogości. A w czasach prehistorii, gdy ludzie zajmowali się zbieractwem, był on gwarancją, że pożywienie jest bezpieczne. Na gorzkie lub kwaśne rośliny należało uważać, bo często okazywały się trujące. Atawistyczny mechanizm, który często ratował życie, dziś, w erze wszechobecnego cukru, staje się dla nas zgubny.

SŁODKO-GORZKA PRAWDA

Naukowcy i dietetycy co jakiś czas ogłaszają kolejne „rewolucyjne” odkrycia. Raz każą nam jeść jajka, ryby i nabiał, innym razem mamy ich unikać jak ognia. Co do cukru są jednak zgodni: ten prosty, biały i rafinowany jest czystym złem. Po pierwsze: powoduje tworzenie się toksyn takich jak kwas pirogronowy, który kumuluje się w mózgu i systemie nerwowym, zakłóca oddychanie komórek i powoduje niedotlenienie organizmu. Po drugie: wywołuje wyrzuty insuliny i „skoki cukrowe” (nagły wzrost i spadek stężenia glukozy we krwi), które mogą prowadzić do insulinooporności. A ta z kolei, nieleczona, do cukrzycy. To jednak dopiero początek „czarnej listy”. Spożywany w nadmiarze cukier uszkadza zęby i kości, podrażnia śluzówkę żołądka i sprzyja wrzodom. Niszczy błonę śluzową i zaburza florę bakteryjną jelit, a to obniża odporność organizmu. Jest też „wymiataczem” cennych składników odżywczych: witamin, magnezu, chromu, wapnia i fosforu. I co gorsza, działa długofalowo – w późniejszym wieku wywołuje osteoporozę i choroby układu krążenia. A co z „pozytywami”? Cóż, odczuwamy je tylko przez chwilę. Gdy mija „cukrowy haj”, pojawiają się senność, rozdrażnienie i problemy z koncentracją.

Apetyt na słodycze odbija się też na skórze. Zdaniem dermatologów i dietetyków to jedna z głównych przyczyn trądziku osób dorosłych. Powoduje też stany zapalne i glikację białek, w której wyniku włókna kolagenowe i elastynowe ulegają sklejeniu, tracą swoją wytrzymałość i elastyczność. A jakby tego było mało, cukier skraca telomery, które zabezpieczają nasze DNA i mają wpływ na odnowę komórek. – Cukier to obok palenia papierosów i promieni UV główny czynnik przedwczesnego starzenia się skóry – mówi dr Susanne von Schmiedeberg, założycielka marki Dermacosmetics, której kosmetyki mają spowalniać proces glikacji, a co za tym idzie – starzenie. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wszystko w naszych rękach. Nie wystarczy unikać słodyczy. Cukier jest dodawany praktycznie do wszystkiego, nawet do produktów, które w smaku nie są słodkie, np. gotowych sosów, musztardy czy keczupu, a nawet chleba. Jedyne wyjście to dokładne czytanie etykiet i wybieranie „dobrych” węglowodanów, najlepiej złożonych, obecnych m.in. w pełnoziarnistym pieczywie, kaszach, ryżu, makaronach, płatkach owsianych. To z nich powinno pochodzić około 50 proc. naszej dziennej energii.

A co z owocami? – Mają w sobie cukry proste, ale skórki, pestki i miąższ zawierają błonnik. Z tego powodu warto mieć je w diecie – wyjaśnia Katarzyna Błażejewska-Stuhr. – Jednak ich spożycie ograniczmy do dwóch porcji dziennie. Jedna to duży owoc, np. jabłko, banan lub filiżanka drobniejszych (maliny, śliwki, jagody). – Osoby z podwyższonym poziomem glukozy we krwi powinny łączyć owoce z produktami zawierającymi białko, tłuszcz i błonnik, np. otrębami albo jogurtem – dodaje dietetyczka.

NA POCIESZENIE

Jeśli cukier staje się twoim natręctwem, a tabliczkę czekolady coraz częściej połykasz „na raz”, pomyśl, czy nie „zajadasz” w ten sposób emocji. Zadbaj też o to, by co trzy godziny spożywać węglowodany złożone. Gdy najdzie cię ochota na coś słodkiego, możesz się skusić, ale wcześniej zjedz np. sałatkę. Unikniesz wahań poziomu glukozy, które powodują głód słodyczy. I coś na osłodę. – Jeśli już jesz coś słodkiego, od czasu do czasu, celebruj te chwile. Warto jeść z radością i poczuciem, że robimy to dla swojego dobra – podsumowuje dietetyczka. Albo chociaż dla przyjemności. Przyjemność jest ważna. I to taka bez poczucia winy.

Marta Krupińska