W Norwegii, z której pochodzimy, w odniesieniu do żeńskich narządów płciowych często używa się określenia „mysz”. Wśród przyjaciół stosujemy czasami nazwę „mysz dyskotekowa” – w nawiązaniu do tego, co dzieje się z naszym  organizmem, gdy przetańczymy całą noc. Każdy język wytwarza eufemistyczne zwroty na żeńskie genitalia. Poczynając od „kici”, na „słoiczku z łakociami” kończąc. Są jeszcze: kwiatuszek, dowcipnisia, kicinici, pimpusia, żar ptica. Na Instagramie świetnie radzi sobie konto @thatlookslikeasnatch – tutaj wszystko porównuje się do sromu: poczynając od fenomenów atmosferycznych, na dyni piżmowej kończąc. Eufemizmy i metafory są dobre, ale często po prostu symbolizują problem – niezależnie od szerokości geograficznej mamy kłopot z mówieniem o żeńskich narządach płciowych. Te rejony na ciele kobiety obrosły w mity i budzące wstyd lub zakłopotanie niedomówienia. 
Kiedy Eve Ensler napisała spektakularną i prekursorską sztukę „Monologi waginy” w 1996 roku, CNN zrealizowało materiał na ten temat. Jednak obecni w studiu redaktorzy komentujący reportaż przez 10 minut nie potrafili wypowiedzieć słowa na „W”. Minęły 22 lata i wciąż mamy problem ze swobodnym i otwartym mówieniem o cipce, waginie, sromie, łechtaczce. Nie ma słowa, które byłoby bezpieczne. „Srom” od razu odsyła do anatomicznej budowy ciała kobiety (po angielsku „srom” to vulva, z łaciny. Niestety, polskie słowo wywodzi się od staropolskiego „sromota” – wstyd, co dużo mówi o zakodowanej w języku naszej relacji z kobiecą seksualnością – od red.). Z kolei bardziej neutralna „wagina” nie zawsze oddaje istotę sprawy. Dlaczego? Wagina łączy macicę z przedsionkiem pochwy, jest nieodzowna przy stosunku waginalnym i jest przejściem, które musi pokonać dziecko, przychodząc na świat. Jednak termin „wagina” nie obejmuje zasięgiem znaczeniowym łechtaczki, a to najważniejsza część żeńskich narządów płciowych z punktu widzenia kobiecej rozkoszy. Nie można rozmawiać o naszej seksualności, wyłączając z tej dyskusji „centrum sterowania”, jakim jest łechtaczka. A zatem jednak „srom”, nie „wagina”, by oddać należne miejsce łechtaczce. I tak, to słowo – „łechtaczka” – padnie w tym tekście jeszcze wiele razy, przyzwyczajaj się.

To, że wyrazy „wagina”, „łechtaczka” czy „srom” nie są w obiegu, nie powinno nikogo dziwić. Wyparcie ciała i emblematycznych dla kobiety i jej organizmu funkcji jest czymś, co praktykujemy od najmłodszych lat – która z nas nie chowała tamponów w rękaw za każdym razem, gdy starała się ukradkiem wyjść do toalety… A ile razy odmawiałaś seksu oralnego, bo bałaś się, że zapach twoich okolic intymnych może być odstręczający dla partnera? By rozpocząć rewolucję w tej sferze, musiałybyśmy same zacząć traktować swoje narządy płciowe z należytym szacunkiem – to części ciała, które mają wpływ na całe nasze życie, po co udawać, że jest inaczej? Musimy być szczere wobec naszych wagin. Ups, pomyłka, sromów (łechtaczka też słucha!).

Analizy, badania i obserwacje zaczęłyśmy w 2011 roku. To był nasz pierwszy rok na wydziale medycznym i obie zgłosiłyśmy się do pracy jako wolontariuszki – miałyśmy zostać edukatorkami seksualnymi. Po czteroletniej pracy u podstaw i rozmowach z nastolatkami, uchodźcami i osobami świadczącymi usługi seksualne rozpoczęłyśmy prowadzenie bloga: nazwę Underlivet można przetłumaczyć na „życie tam, w dole” albo mniej poetycko „genitalia”. Blog stał się hitem, jednym z najchętniej czytanych w Norwegii. Pytaniom nie było końca. Głównie zadawały je 20- i 30-latki: o zapach, bodźce seksualne, okres, zmiany hormonalne. Szybko można było się zorientować, że współczesne kobiety chcą edukacji seksualnej w nowej odsłonie – przystosowanej do ich potrzeb, stylu życia, wyzwań, lęków i marzeń. To skłoniło nas do napisania książki, która do dziś doczekała się publikacji w 30 krajach. Okazało się, że świat ma wiele pytań dotyczących wagin, ale boi się je zadać.

Na szczycie listy palących zagadnień od lat utrzymuje się temat kobiecego okresu. W wielu krajach to kwestia niemal politycznej dyskusji, choć publicznie o menstruacji się nie mówi. Zdaje się, że to właśnie ona jest jedną z głównych przeszkód w traktowaniu na równi kobiet i mężczyzn: która z nas nie słyszała odnoszących się do okresu nieprzyjemnych uwag i żartów. I to w miejscu pracy! 47 proc. z ankietowanych kobiet przyznało, że woli nie używać słowa „okres”, tylko „te dni”, „trudne dni”, „matka natura”, „comiesięczna przypadłość”. Na szczęście mentalność się zmienia. I świadomość. Osiemnastoletnia Amika George rok temu rozpoczęła kampanię #FreePeriods, w której sugerowała, że te uczennice państwowych szkół, które korzystają z bezpłatnych posiłków,  powinny też korzystać z darmowych środków higieny osobistej. Wiele najbiedniejszych dziewczyn z powodu okresu zawalało szkołę: siedziały w domu jak w ukryciu, bo nie mogły odpowiednio się zabezpieczyć. Niewiarygodne, prawda?  

W zeszłym roku pierwszy raz mogliśmy zobaczyć reklamy, w których na podpaskach pojawia się czerwona substancja imitująca krew, a nie jakaś niebieskawa ciecz nieokreślonego pochodzenia. Szok, horror, e-maile z wyrazami sprzeciwu  i oburzenia – tak, reakcje widzów były różne. W 2015 roku było głośno o firmie Thinx, która w jednej ze swoich reklam użyła słowa „okres”. Pisała o tym większość nowojorskich gazet. W tym roku specjaliści z Thinx niemal całe metro w Nowym Jorku okleili reklamami z hasłem: „Dzięki bieliźnie menstruacyjnej przynajmniej jeden z miejskich zapachów zostanie wyeliminowany”. Za mocne? Same nie mamy pewności, czy to nie uderza w kobiety. Ale z drugiej strony – przecież to fizjologia. Może trzeba ją obśmiać i w ten sposób przełamać barierę wstydu i zakłamania. Gdy człowiek tańczy całą noc i się spoci, też śmierdzi. Podobnie jest po treningu na siłowni. Reklamy dezodorantów nie budzą oburzenia, najwyższy czas, by zdjąć z kobiet stygmat związany z okresem.
    

To znak czasów – obecność takiego tematu jak menstruacja w dyskursie publicznym czy imitacja krwi w reklamach. Dzieje się tak również dzięki udziałowi gwiazd, takich jak Jessica Alba czy Natalia Vodianova, w kampaniach budujących świadomość. Obie otwarcie i szczerze mówią o okresie, zresztą reklamują też środki higieniczne dla kobiet. Proszę, pomyślcie, czy taka rzecz byłaby możliwa jeszcze dwa lata temu? Nie! To dowód na to, jak zmienia się obyczajowość. Wspaniale, że rośnie generacja kobiet, które nie będą się wstydziły jednej ze swoich najważniejszych supermocy: czy mężczyzna potrafiłby krwawić co miesiąc przez kilka dni, nie umierają lub chociażby – no dobra… – nie mdlejąc z wycieńczenia?
Pytania, które słyszymy, nie kończą się na menstruacji – równie ważnym  tematem są kobieca rozkosz i pożądanie lub jego brak. Bywa, że dziewczyny tracą ochotę na seks i chcą wiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Kiedyś nie do pomyślenia, dziś to drugi z najpopularniejszych wątków. Kobiety na ogół uważają, że orgazm waginalny jest ważniejszy, lepszy. Z kolei ejakulacja łechtaczkowa jest traktowana jako mniej satysfakcjonująca. To błędne założenie. Fizjologiczny odzew organizmu na orgazm jest taki sam. Warto uświadomić sobie, że jedynie 18 proc. z nas osiąga orgazm tylko przez penetrację waginalną. W większości przypadków, by kobieta go przeżyła, do stosunku waginalnego musi dołączyć wiele różnych bodźców. (Lekcja biologii gratis: kobiety z większą łechtaczką, tym samym z łechtaczką umiejscowioną bliżej przedsionka pochwy, łatwiej osiągają orgazm w trakcie seksu waginalnego – łechtaczka jest od razu stymulowana podczas stosunku. W wielu przypadkach to kwestia budowy ciała, a nie umiejętności partnera lub partnerki).
Widzimy też, jak zmienia się podejście samych kobiet do rozkoszy. One chcą ją przeżyć – raz, drugi, trzeci, wielokrotnie – dlatego szukają wiedzy na temat swojego ciała, mechanizmów działania tego, co może sprawić, że osiągną orgazm. Polecamy stronę internetową OMGYES, która w całości jest poświęcona tej tematyce. Artykuły i porady z tej witryny są cytowane przez media i świat nauki. Rady dotyczą m.in. tego, jak ćwiczyć mięśnie okolic intymnych, na co w seksie pomaga joga, na co pilates, jakie gadżety mogą nam się przydać w łóżku (sama Gwyneth Paltrow poleca tu kulki waginalne) i czy np. masturbacja jest zdrowa. Szczególnie podoba nam się przesłanie płynące z artykułów i filmów afirmujących masturbację, traktujących ją nie tylko jako formę zaspokajania własnych potrzeb – to może być najlepszy sposób na poznanie swojego ciała, przezwyciężenie kłopotów z partnerem, pobudzenie pożądania czy zwiększenie samoakceptacji. Pamiętajmy: nasze własne palce są bezpłatne, dostępne o każdej porze i nie wymagają baterii. Masturbacja to forma dopieszczenia samej siebie. Nie bójmy się tego.
I jeszcze jedna sprawa. Siadając na fotelu u ginekologa, często kobiety przepraszają, że nie zrobiły depilacji. Absurd! Nie mamy takiego obowiązku, to po pierwsze. Po drugie, obnażając jeden z najświętszych obszarów swojego ciała, mamy prawo do tego, by wyglądał on tak, jak chcemy. Może być zarośnięty jak w latach 70., a nawet bardziej – niczym w średniowieczu. Nie musimy podążać za modą, jeśli nie chcemy się golić lub depilować albo chcemy to robić tylko w niewielkim stopniu. To my mamy dobrze się czuć ze sobą. A nie ktoś inny, patrząc na nas lub będąc w nas. To, co naprawdę budzi trwogę, to fakt, że wygląd narządów płciowych dla wielu kobiet jest ważniejszy niż zdrowie. Cervical Cancer Trust przeprowadził badania, z których wynika, że jedna na trzy kobiety między 25. a 29. rokiem życia nie robi regularnie wymazu z pochwy (tzw. cytologii). A trzeba pamiętać, że rak szyjki macicy, wcześnie zdiagnozowany za pomocą właśnie takiego badania, jest całkowicie wyleczalny. Dla porównania – 34 proc. z przebadanych pań martwi się wyglądem swojego sromu, a 38 proc. – zapachem „tamtego miejsca”. 
Jest jeszcze wiele pracy do wykonania w temacie edukacji seksualnej. Powyższe badania nie tylko pokazują, jak wielka jest niewiedza z profilaktyki zdrowotnej. To dowód ogromnej presji, pod którą żyją kobiety – zrobią wszystko, by wpisać się w obowiązujący kanon piękna: bez włosów na cipkach, bez zapachu z wagin – lub sromów – z niewidoczną menstruacją, ale za to z wielkimi aspiracjami szykujemy się na podbój świata. Każdego dnia. Tylko jak mamy go zawojować, skoro ocena naszego wyglądu przez innych okazuje się ważniejsza niż to, co same o sobie myślimy, co lubimy czy wolimy?
W dzisiejszej kulturze seksualnej łatwo zapomnieć, że ciało to coś więcej niż wymodelowana i wypracowana na siłowni lub pod skalpelem maszyna, która musi wykazać się nieskazitelnym wyglądem i działaniem. Ciesz się sobą, najlepiej taka, jaka jesteś. Masz skarb, który może być źródłem supermocy i rozkoszy. 



Drugie serce
Z Vocą Ilnicką, edukatorką seksualną, twórczynią portalu SeksualnoSC-kobiet.pl, o tym, jak na coś na „W” mówią Polki. 

Jakiego słowa najczęściej używają Polki, żeby nazwać swoje genitalia?

Voca Ilnicka: Polki są kreatywne. Mam tu dwa arkusze słów wybranych przez kobiety, które były u mnie na warsztatach. Jest ich ponad sto. Spójrzmy. Cipka, wagina, muszelka, pochwa, pizda, pipa, pęknięty jeż, królowa, pani prezes, kicia, pusia, dziurka, norka, lwiczka, ciastko z dziurką, guziczek, markiza, pinezka, ryba, rura, makrela, bramy raju, żaba, biedronka, dolne usta, pizdencja, myszka, broszka…

Albo wulgarne, albo infantylne. 

Czasami też medyczne. Ale wydaje mi się, że z tymi słowami jest tak jak z „pedałem” i „lesbą”: są wulgarne. Chyba, że ktoś ich użyje z dumą, a nie pogardliwie. Jeśli zdejmie się z niego wszystkie negatywne konotacje, można stworzyć własne i je oswoić. Ja też go nie znosiłam, dopóki nie poszłam na „Monologi waginy”. W tłumaczeniu nie było słowa 
„cipa”, tylko właśnie „pizda”, a kiedy osłuchałam się z nim w innych niż zwykle kontekstach, naprawdę je polubiłam. 

Trudno mi sobie wyobrazić słowo „pizda” jako miłe. 

No to weźmy słowo „cipa” – znam wiele kobiet, które go używają, bo uważają, że cipki mają małe dziewczynki. „Pizda” i „cipa” brzmią strasznie, bo zwykle słyszy się je w rozmowach pełnych skrępowania albo gniewu, wściekłości. Ale proszę sobie wyobrazić, że słyszy pani to słowo w pozytywnym kontekście: „Jaka wspaniała cipa!”, „O! Jaka piękna pizda!”.  

Jak słowa, które wybieramy, o nas świadczą?

One świadczą nie tylko o kobietach, ale też o mężczyznach. Słowa, których najczęściej używamy, pokazują, jak w naszym społeczeństwie jest postrzegana kobieca seksualność. A właśnie ją w Polsce chce się zamknąć w klatce. Oczywiście świadomość się zwiększa i są kobiety zakochane w swojej seksualności, ale są też takie, które czują, że „to miejsce” w ich ciele jest tak okropne i brzydkie, że lepiej w ogóle go nie nazywać. A jeśli już, to słowo „pizda” akurat rymuje się z tym, co czują. 

Jakie jest Pani ulubione określenie?
Najczęściej wybieram „joni” – słowo z tradycji tantrycznej, oznacza początek, źródło, świętą przestrzeń. Ale cenię też: waginę, pochwę, łono, cipkę. No i zupełnie odjechane, typu: oko bogini, ostatnio: puszetta. 

Wyobrażam sobie coś miękkiego i puchatego. 

A ja barokową damę w sukni, peruce i z wachlarzem! Każdy ma swoje skojarzenia. Im bardziej temat seksualności jest przetrawiony i uświadomiony, tym bardziej zwiększa się tolerancja na słowa. Ostatnio usłyszałam jedno z piękniejszych określeń, o którym nie mogę zapomnieć: drugie serce.