Kiedyś sprzedamy z przyjaciółmi wszystko, co mamy, i kupimy za to dom w Toskanii. Każdy dostanie osobny pokój, w którym może się schronić, gdy potrzebuje samotności – swoje święte miejsce. Cała reszta będzie wspólna. Mamy swoje przyzwyczajenia i upodobania, więc czasem drzemy z sobą koty, gderamy, zrzędzimy, ale kochamy się. Wiemy, że w razie czego jeden o drugiego zadba. I będziemy mieć wspólną pielęgniarkę, która będzie nas leczyć, wspólną kuchnię i ogród – Ania, zaprzyjaźniona dziennikarka, opowiada mi o marzeniu, które pojawiło się w jej głowie, kiedy miała 30 lat. Od tego czasu wizja trochę ewoluowała. Dziś uważa, że dom zamiast w Toskanii może być pod Warszawą, a współlokatorzy nie muszą być przyjaciółmi, z którymi szła przez całe życie. Wystarczy, że będą fajnymi ludźmi, z którymi połączy ją wspólna wizja. Poza tym nic się nie zmieniło. – To jeden z niewielu moich dawnych pomysłów, które przetrwały do dziś. Tyle że gdy kiedyś opowiadałam o nim przyjaciołom, nikt się nie zachwycał, a dziś wciąż słyszę, że chcą go ze mną zrealizować – mówi. Zupełnie mnie to nie dziwi, bo co-living (tak nazywa się koncepcja, którą Ania chce wcielić w życie) jest dziś silnym trendem. Kilkanaście lat temu freelancerzy i startupowcy zaczęli korzystać z firm co-workingowych, by dzielić z innymi przestrzeń do pracy i urządzenia biurowe, zyskać możliwość kontaktu z innymi ludźmi i wymiany myśli. Teraz chcemy dzielić także przestrzeń do życia – rozrywkę, ucztowanie i odpoczynek. Co-living wpisuje się w ideę ekologicznego życia i współdzielenia dóbr, ale przede wszystkim jest odpowiedzią na coraz większą tęsknotę za bliskim kontaktem z ludźmi.

Koniec samotnych piątków

Pomysł, by grupa ludzi zamieszkiwała to samo mieszkanie lub budynek, w którym będą dominować przestrzenie wspólne, a prywatne zostaną ograniczone do minimum, nie jest nowy – mówi Przemysław Chimczak, architekt, którego co-livingowy projekt otrzymał nagrodę Archi-World Academy Awards. Chimczak podaje przykłady XIX-wiecznych falansterów, amerykańskich komun lat 60. i radzieckich komunałek, w których mieszkania były malutkie i miały wspólne kuchnie. – Tworzono je często z innych przyczyn niż dziś. W ZSRR starano się np. zażegnać kryzys mieszkaniowy. Dziś jest inaczej. Młodym ludziom pracującym w Dolinie Krzemowej przy wspólnych projektach zależało na obniżeniu kosztów najmu. Ich codzienność dobrze pokazuje film o twórcach Facebooka „The Social Network” – grupa ludzi wynajmuje razem dom, część pracuje przy komputerze, jedni piją piwo, inni siedzą przy basenie. Praca miesza się z życiem. Na zmiany społeczne wpływa też czynnik ekonomiczny. Dziś w wielu dużych europejskich miastach jest problem z mieszkaniami. Zapotrzebowanie jest tak duże, że normą są castingi na współlokatorów. Kandydaci muszą np. odpowiadać na pytania o to, jakiej muzyki słuchają lub czy są weganami – wspomina Chimczak i dodaje, że ten ogromny popyt doprowadził do powstania firm, które oferują urządzone pokoje w budynkach co-livingowych. Przestrzeń prywatna jest ograniczona do minimum – pomieszczenia z łóżkiem, malutkiej łazienki, czasem aneksu kuchennego. Reszta jest wspólna: duża kuchnia, salon, siłownia, pralnia, ogród, czasem nawet basen. Mieszkańcy nie muszą martwić się o konserwację sprzętów czy sprzątanie. Przede wszystkim jednak nie martwią się o towarzystwo. Amerykańska firma Starcity, która wynajmuje pokoje w budynkach co-livingowych, wspomina na stronie internetowej, że jej oferta jest tańsza niż np. wynajmowanie kawalerki w pojedynkę czy nawet apartamentu we trójkę. Głównie jednak podkreśla: „Co-living polega na tym, że ludzie decydują się dzielić przestrzeń, tworzyć relacje i dbać o siebie nawzajem”. Zamiast „kolejnego samotnego piątku przy Netflixie” Starcity oferuje wieczory przy winie, kolacje, jogę i wyjścia na miasto – wszystko w towarzystwie. Brzmi przekonująco? Dla wielu osób na pewno. Z projektu badawczego „One Shared House 2030”, przygotowanego przez studia Anton & Irene oraz Space10, wynika, że co-living jest ceniony głównie za dwie rzeczy: większą szansę na kontakt z ludźmi i oszczędność pieniędzy. Ale już dla osób przed 25. rokiem życia i po sześćdziesiątce liczy się niemal wyłącznie to pierwsze. Internauci z różnych krajów, którzy wypełnili ankietę, stwierdzili też, że najchętniej zamieszkaliby w społeczności liczącej od 4 do 10 osób, z bezdzietnymi parami lub singlami z różnych środowisk. Czystymi, schludnymi, uczciwymi i taktownymi. 

A jak to jest po polsku?

– Budynku zaprojektowanego z myślą o osobach, które chcą tak mieszkać, jeszcze w Polsce nie ma, chociaż wielokrotnie się do tego przymierzano – mówi Chimczak i dodaje, że inwestorzy 
w Polsce wciąż szukają takiego rozwiązania, które z ich punktu widzenia będzie najbardziej opłacalne. Oczywiście, żeby uprawiać co-living, można też wynająć „zwykły” dom. Tak zrobiła 30-letnia Joanna Grzybowska. Niespełna rok temu zamieszkała wraz z czwórką rówieśników na warszawskim Żoliborzu: – Na studiach wynajmowałam mieszkania ze znajomymi i wspominam to fantastycznie. Potem zamieszkałam sama w kawalerce. Już po roku miałam dość. Wszystkie kubeczki były poustawiane tak, jak chciałam, nic nie było stłuczone, nikt nie zrobił bałaganu… ale okazało się, że to nie jest dla mnie główną wartością. Ważniejsza była wspólnotowość. Wolałam zrezygnować ze świętego spokoju, by być z ludźmi, nawet jeśli to miało oznaczać, że czasem będą jakieś konflikty. Każdego z moich dzisiejszych współlokatorów stać na mieszkanie osobno, ale wolimy mieszkać razem – stwierdza i dodaje, że spędzają razem bardzo dużo czasu. Ważne są zwłaszcza wspólne śniadania 
i obiady. Mają osobne pokoje, ale całe jedno piętro z dużym salonem, tarasem, pomieszczeniem gospodarczym, dwoma łazienkami i dwoma toaletami jest wspólne. Podczas posiłków omawiają wszystkie bieżące sprawy. Każdy jest odpowiedzialny za jedną rzecz, np. pilnowanie harmonogramu wywozu śmieci. Joanna mówi, że mimo iż na początku nie ustalili niemal żadnych zasad, tylko poszli na żywioł, świetnie razem funkcjonują. Nie wszyscy wcześniej się znali, to jednak udało się stworzyć zgraną wspólnotę. Najbardziej ceni to wtedy, gdy ma zły dzień. – Kiedy jest naprawdę ciężko, wielką wartością jest możliwość powrotu do ludzi, którzy cię zrozumieją, pocieszą, spędzą z tobą czas – mówi. 

Na ratunek relacjom

– Nie mam wątpliwości, że ten trend jest odpowiedzią na samotność – mówi psycholożka Bianca-Beata Kotoro. Wspomina, że w Polsce w czasach PRL-u jednak tworzyliśmy pewną wspólnotę, mieliśmy otwarte podwórka i wszyscy wszystko o wszystkich wiedzieliśmy, dziś zachłysnęliśmy się indywidualizmem. Zaczęliśmy budować ogrodzone osiedla, a potem nawet stare bloki otaczać płotem. – Zagalopowaliśmy się. Teraz coraz więcej osób odkrywa, że poza relacjami zawodowymi nie ma żadnych innych. Niby są tysiące znajomych na portalach społecznościowych, ale gdy przeżywamy coś trudnego, nie ma nas kto wysłuchać. Często nie wiemy, gdzie nawiązać nowe relacje – mówi. A im starsi jesteśmy, tym te możliwości bardziej się kurczą. 
– Dzisiaj co-living wybierają głównie młodzi ludzie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby wkrótce się okazało, że to najlepsze rozwiązanie dla starszych osób – mówi Chimczak i wspomina, że jego rodzice zastanawiali się ostatnio ze znajomymi nad zbudowaniem sąsiadujących z sobą domków parterowych. – Mieliby towarzystwo, wspólny ogród, grupowe oglądanie filmów – mówi, ale zaznacza, że ten model to już bardziej co-housing, czyli wspólne wykreowanie budynku lub budynków dostosowanych do potrzeb konkretnej społeczności z pominięciem dewelopera. Zwykle są w nich osobne mieszkania i dodatkowa przestrzeń do integracji. Kiedy oglądam serial „Grace i Frankie”, myślę, że dzielenie domu przez dwie przyjaciółki, które młodość mają już zdecydowanie za sobą, może być rzeczywiście całkiem dobrym pomysłem. Główne bohaterki na początku nawet się nie lubiły, a proszę, jak im potem świetnie się razem żyje! – Uwielbiam ten serial, ale wątpię, by często w prawdziwym życiu udawało się to, co wyszło Grace i Frankie – mówi Bianca-Beata Kotoro i tłumaczy, że dość rzadko dwie osoby, które się wcześniej znały słabo lub wcale, będą szczęśliwe, mieszkając dłużej pod jednym dachem. – Dużo większe szanse na sukces mają dwie, trzy przyjaciółki, które przez całe życie były z sobą w bliskiej relacji – mówi. Je łączą dobre wspomnienia, coś ważnego razem przeżyły, o coś się pokłóciły i wiele razy doszły do porozumienia. Joanna Grzybowska założyła z przyjaciółką Alicją Snarską stowarzyszenie Raźniej, by szerzyć ideę kooperatywnych form mieszkalnictwa. Razem z think.co wiosną planują zorganizować festiwal co-livingowo-co-housingowy: – Będą wykłady, dyskusje, spotkania ze specjalistami, np. prawnikami, architektami i psychologami. Liczba zainteresowanych wspólnotami rośnie. Nie jest to trend dla każdego, ale z pewnością może być rozwiązaniem dla tych, którzy potrzebują bliskości i towarzystwa innych ludzi. – Dzisiaj trudno utrzymać jakiekolwiek związki – mówi psycholożka i dodaje, że widzi w co-livingu szansę szczególnie dla młodych ludzi, którzy są z natury bardziej elastyczni. Pojawienie się tego trendu uważa jednak za ważny i dobry sygnał. – Myślę, że to jest pierwszy krok w naszym powrocie do drugiego człowieka. Coś dobrego się na tej bazie wykształci - uśmiecha się.

Tekst: Ewa Pągowska