W drzwiach mieszkania, na ostatnim piętrze apartamentowca z widokiem na park wita mnie szara kotka Oliwia. Na stół wskakuję jej biało-brązowa siostra Oriana, która próbuje wejść do mojego plecaka. Na komodzie wylegują się kocury: Rambo, biały z ciemnobrązowym pyszczkiem, łapami metodycznie wylizujący uszy swojemu synowi biało umaszczonemu Monsterowi. Ruda – najstarsza i najbardziej niezależna – nie opuszcza sypialni. Właścicielką tego stada („Jak weźmiesz jednego kota, to potem już nie wiesz, kiedy przestać” – tłumaczy) jest Agnieszka Siedlarska, prezes Salts Polska, a prywatnie matka trojga dzieci. – Ma pani pięć kotów? – upewniam się. – W sumie to one mają mnie – stwierdza.


KAŻDY MA JAKIEGOŚ KOTA


Poranek zawsze zaczyna się tak samo. Najbardziej niecierpliwy Rambo już o szóstej udeptuje pościel, a gdy państwo nadal nie reagują, budzi partnera Agnieszki lizaniem po oczach, co ten znosi że stoickim spokojem. Pierwsza wstaje Agnieszka i serwuje kotu śniadanie. Nie, nie do łóżka, chociaż Rambo, jak przystało na kociego arystokratę (rasy ragdoll), nie zniża się do jedzenia z podłogi z resztą stada, notabene też rasowego. Jego miśka stoi wyżej, na blacie kuchennym. Następnie dostaje jeść reszta towarzystwa, która niecierpliwie wije się między nogami swojej pani. Karma oczywiście jest pierwszej świeżości, bo wyschniętej nie ruszy nawet najmniej wybredna Oliwia. Także koty Aleksandry Grzeszczak, pracownicy firmy spedycyjnej, a z zamiłowania instruktorki pilates, mają poranne rytuały, których nie odpuszczą. – Gdy nasypię im karmy do misek, zawsze muszę im potowarzyszyć przez 10-15 minut. Śniadanie w samotności jest wykluczone – tłumaczy Aleksandra. – Potem one dotrzymują mi towarzystwa, gdy ćwiczę. Myją się na macie gimnastycznej, przeciągają. Czasem żartuję, że mnie papugują, choć przecież wiele ćwiczeń, jak np. koci grzbiet, jest podpatrzonych właśnie u zwierząt. Aleksandra zapewnia, że jej podopieczni są „bardzo dobrze wychowani”, co w tłumaczeniu z języka kociarzy oznacza, że „nie uwalają się na głowie, tylko układają w nogach”, a „na kredens czy stół kuchenny wchodzą tylko, gdy ich pani tego nie widzi”. – Gdy jesteśmy w domu, koty stałe nam towarzyszą. Nie ma, że piszesz raport albo odrabiasz lekcje. Żądają miziania, włażą bezczelnie na zeszyt, siadają na laptopie. Są bardzo inteligentne, ale mają kłopot z wykonaniem poleceń – stara się je usprawiedliwić Agnieszka. – I to w nich najbardziej cenimy: niezależność – zauważa Alicja Rzeczkowska, szefowa marketingu i komunikacji. Choć jej rodzice wolą psy, ona wręcz przeciwnie. – No bo co to za Ala bez kota? – pyta. Najpierw w ich domu pojawiła się szylkretowa Lina, nazwana po ulubionej bohaterce anime, potem Eris: szara w tabby (pręgowane umaszczenie najczęściej występujące u kotów – przyp. red.). – Koty miały być dla mnie i mojego partnera egzaminem, czy potrafimy odpowiedzialnie się kimś zajmować – opowiada Alicja. Zdali. Niedawno, po pięciu latach niańczenia kotów, zostali rodzicami.

NIE MOGĘ, KOT NA MNIE LEŻY

Choć Agnieszka, Aleksandra i Ala nie ukrywają, że mają kociego hopla, daleko im do słynnych miłośników tego ga­tunku, takich jak Ernest Hemingway, który w domu na Florydzie żył w towarzystwie 50 sierściuchów, czy Mark Twain, który z kolei mieszkał w mieście głównie z tego względu, że jego kot źle znosił pobyt w wiejskim domu pi­sarza. Agnieszka Siedlarska uważa, że fascynacja artystów kotami bierze się z podobnej u jednych i drugich ciekawo­ści świata. Koty zaskakują. Potwierdzają to badania prof. Samuela Goslinga z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, który od lat zgłębia osobowość ludzi, zaglądając im pod biurka i łóżka, lustrując ich profile na Facebooku i półki z książkami. Profesor wziął pod lupę także ponad cztery tysiące wielbicieli kotów. Odkrył m.in., że w prze­ciwieństwie do psiarzy są nie tylko bardziej otwarci na no­we doświadczenia, lecz także neurotyczni. Jeden rzut oka prof. Goslinga na mieszkanie Aleksan­dry Grzeszczak wystarczyłby, by wydać werdykt: „100­proc. kociara”. Koty w jej mieszkaniu są wszędzie – do dwóch żywych dochodzi ponad 200 w postaci figurek – prezen­tów od przyjaciół i rodziny. Są koty szklane, z gumy, bursz­tynu i drewna. Wielokolorowe, jak te z Turcji czy Portugalii, a także maneki­neko, figurki, które w Japonii, Chinach i Tajlandii umieszcza się przy wejściach do sklepów i knajp. – Mają przynosić pomyślność i szczęście – tłumaczy Aleksandra, która ma też torebki z kotami, buty z kotami, majtki w kocie motywy, a nawet tatuaż z kotem. – Okazjonalnie maluję na szkle i raz przyjaciółka popro­siła mnie o namalowanie obrazu ze zdjęcia, na którym by­ła torebka, dwie bransoletki i szal. A ja tam namalowałam kota: czarnego z zielonym ogonem, co skomentowała: „Ty to wszędzie koty widzisz”. Oscar Wilde mawiał, że ludzi można z grubsza podzie­lić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los. Liczba pechowców stale spada. Statystyki są nieubłagane, jak tak dalej pójdzie, wszyscy zostaniemy kociarzami. W krajach rozwiniętych żyje już ponad 204 mln kotów i zaledwie 173 mln psów. Koty, jak przekonu­je prof. Stanley Coren, lepiej dostosowują się do współcze­snego stylu życia, długich godzin w pracy i częstych wy­jazdów. Lepiej też niż psy odnajdują się w małych, miejskich mieszkaniach. No i mają lepszy PR. „New York Times” napisał o filmach z kotami, że są „niezbędnym fundamentem internetu”. Filmy z kotami biją wszelkie rekordy na YouTube, w 2015 roku było ich już dwa miliony. Nie bez przyczyny 65 tys. polubień na Facebooku ma strona „Nie mogę, kot na mnie leży”, a nie „Nie mogę, pies na mnie leży”. Najsłynniejszy bohater memów, słynny obrażony Grumpy Cat, trafił nie tylko na okładki „The Wall Street Journal” i „New York Magazine”, ale nawet do muzeum figur woskowych Madame Tussaud. W kolejnych miastach powstają kawiarnie takie jak warszawska Miau Café, w której można wypić filiżankę espresso i odstresować się, głaszcząc rezydujące tam koty.

 

WYMIENIĘ FACETA NA KOTA

Wszystkie problemy dnia codziennego znikają, gdy kot przyjdzie i zacznie cię ugniatać – potwierdza Alicja Rzeczkowska. Gdy w szóstym miesiącu ciąży pojawiły się u niej skurcze i groził jej przedwczesny poród, koty pojawiły się przy niej tak nagle, jak znikły, gdy zaszła w ciążę, i nie opuszczały jej ani na krok aż do szczęśliwego rozwiązania. Kociarskie przesądy? Skądże! Badania potwierdzają, że głaskanie i przytulanie kotów stymulują organizm do wytwarzania endorfin i oksytocyny, które sprawiają, że czujemy się odprężeni i zadowoleni. A wygrzewanie ciała przez koty rozluźnia mięśnie. Nie należy też zapominać o mruczeniu, które – jak twierdzi prof. weterynarii Leslie A. Lyons z Uniwersytetu Kalifornijskiego – jest „kocim sposobem samoleczenia”. Zwierzęta te rzadko cierpią na skręcenia czy zwichnięcia stawów. Mruczenie, czyli drgania o niskich częstotliwościach, wzmacniają bowiem stawy i mięśnie. Agnieszka zauważa, że gdy jej partner wyjeżdża w delegację, koty całym stadem przenoszą się do ich łóżka: – Może chcą mnie pocieszyć, wypełnić tę pustkę? – mówi. Koty Alicji w podobnej sytuacji potrafią przynieść jej zostawione w popielniczce na oknie niedopałki (jej partner pali), zupełnie jakby mówiły: „Nie ma go! Zrób coś!”. Na pytanie, kto ma więcej wad: facet czy kot, kociara bez zastanowienia odpowie: „Facet!”. – Kot na czułość zawsze odpowiada czułością i ciągle przynosi prezenciki, a to ptaszki, a to żabki, jakby chciał powiedzieć: „Masz, nagotuj, widzisz, dbam o nasz dom” – wylicza Aleksandra Grzeszczak. – Kot nie rozrzuca po sobie ubrań, nie trzeba po nim aż tyle sprzątać, ale z drugiej strony wózka ci nie wniesie po schodach – żartuje Alicja Rzeczkowska. – Facet może być, pod warunkiem że kocha lub pokocha koty – mówi Agnieszka Siedlarska, której partner życiowy do kotów podchodził sceptycznie, ale na szczęście zawojowały jego serce. Na szczęście? Aż kusi, by zadać pytanie, kogo pozbyłaby się kociara w przypadku konfliktu interesów… Aleksa ndra Grzeszczak kwituje ten dylemat anegdotą: – Trzy i pół roku temu rozstałam się z mężczyzną tuż po tym, jak trafił do nas Ginger. Gdy dwa dni po jego przybyciu wystawiłam walizki za drzwi, pomyślałam sobie: „Widocznie tak musiało być. Liczba samców w stadzie musi się zgadzać”. Dla Aleksandry, a zwłaszcza jej córek obecność kotów była formą terapii po rozstaniu z jej długoletnim partnerem i ojcem dziewczynek. W ciągu ostatnich 15 lat przez ich dom przewinęło się kilkanaście futrzaków: był rudy Harry, Meksyk, Cappuccino i Sparrow z bródką à la słynny pirat. – Moje koty są wolno żyjące, wychodzą na całe dnie, co niestety w przypadku kilku z nich skończyło się tragicznie. Każdego opłakałam i adoptowałam następnego – tłumaczy Aleksandra. Zawsze bierze koty ze schroniska, takie, które potrzebują domu. Obecnie mieszka z nią czarny Batman, który w dzieciństwie właził na najwyższe półki, a potem się okazało, że boi się wszystkiego, oraz biały Ginger z rudawym ogonem. – Z kotami łączy mnie niezwykle intymna więź – przyznaje. – Z Salsą, kocicą, którą wzięłam, gdy uczyłam się tańczyć, mam taki poziom zażyłości, że pozwoliła mi i dzieciom asystować przy swoich porodach. Czuła się z nami tak bezpiecznie, że pierwszy raz okociła się w łóżku córki, a drugi raz na jej imprezie urodzinowej. Dwie kocice Agnieszki: Oriana i Oliwia, także okociły się w pokoju jej córki Natalii, która z tego powodu wybłagała tydzień „macierzyńskiego”, czyli wolnego od szkoły. – W pewnym momencie mieliśmy w domu łącznie pięć dorosłych kotów i dziewięć kociąt. Doszliśmy do granicy wytrzymałości – przyznaje Agnieszka. Widać jednak, że jej dom jest w całości podporządkowany kocim potrzebom: balkon – okratowany (by koty przypadkiem nie wyskoczyły z ósmego piętra), w salonie poza kaktusami nie uświadczysz roślin (bo koty je podgryzają), pozbyła się też firanek („Były piękne, tiulowe, ale koty urządzały zabawy, kto wejdzie wyżej i bardziej rozedrze pazurami tiul”). Kocim rządom podporządkował się nawet labrador, który jako szczeniak kilka razy oberwał pazurami po pysku i – jak mówi Agnieszka – „całkiem skociał”: koty mogą spać na je- go posłaniu i wylizywać mu uszy. Agnieszka wie, że jej pięć kotów budzi sensację wśród znajomych i mówiąc oględnie – nie jest to aprobata. – Współpracuję teraz na gruncie zawodowym z grupą Włochów. Podczas rozmów o życiu prywatnym padło ostatnio pytanie: „A masz dzieci?”. „Tak!”. „Ale jedno?”, dopytywali, wiedząc, ile podróżuję. „Nie, troje. I pięć kotów” – dodałam. I wtedy zapadła krępująca cisza – relacjonuje.

I KTO TU MA KOTA?


Otoczenie nie zawsze podziela entuzjazm kociarzy do ich pupili i pozwala sobie na mniej lub bardziej złośliwe pod ich adresem uwagi. Ale kociarze są na nie odporni. – Tak, ciągle słyszymy od rodziny czy znajomych: „Po co wam te koty?”. „Pozbądźcie się ich! To zwykłe »burasy«”. Fakt, nie są rasowcami, ale dachowcami, podarunkami od kolegów, którym okociły się kotki, ale kochamy je i są częścią naszego życia – mówi Alicja, dodając trochę rozsierdzona, że psy też kłaczą, bywają zwykłymi „kundlami”, a ona nie każe psiarzom się ich pozbywać. – Najgorzej było, gdy zaszłam w ciążę. Wtedy wszyscy zaczęli nas straszyć, że koty rzucą się do gardła dziecku, że będą zazdrosne. A one bez problemu zaakceptowały Leona. Jedyny minus? Szybko zauważyły, że karmię go zawsze, gdy się budzi, i teraz też tak chcą. Zaraz będą kwadratowe. Agnieszce koty też towarzyszyły od dzieciństwa. – Miałam takiego, który znał się na zegarku i jak Lassie wychodził po mnie na przystanek, gdy wracałam ze szkoły autobusem – wspomina. Kolejne koty rosły z jej dziećmi, włażąc do łóżeczek i goniąc z nimi piłeczki po podłodze. Tylko raz znikły z jej życia, gdy zamieszkała z nimi mama Agnieszki, która w trakcie leczenia źle znosiła obecność kotów. Faktem jest, że tolerancja kociarzy ma zupełnie inną skalę niż psiarzy. Nie bez przyczyny Alicja Rzeczkowska jedną kotkę nazwała Eris (czyli bogini zniszczenia). Co ciekawe, prawdziwe pandemonium urządziła Alicji nie Eris, ale Lina. – Wyszliśmy na imprezę, która się przeciągnęła. Wróciliśmy dopiero po południu następnego dnia. Dom był przewrócony do góry nogami: fruwające pranie, zbity wazon – wylicza. Pamięta też, jak jej ojciec, który kotów nie lubi, przepędził Eris, krzycząc „apsik”. Urażona, w noc przed Bożym Narodzeniem zakradła się do jego sypialni i nasikała na garnitur, który miał włożyć na gwiazdkowe śniadanie. – Niesprawiedliwe jest mówienie, że koty są wredne, bo pies też nasika na dywan czy do butów – zaklina się Aleksandra Grzeszczak. – One po prostu nie są spolegliwe. Tak, jasne. Świetnie ilustruje to słynny internetowy mem, na którym pies mówi: „Nasikałem, wybaczysz mi?”, a kot bezczelnie: „Nasikałem i co mi zrobisz, tych...”. W mieszkaniu Alicji skoceniu ulegli nie tylko domownicy, lecz także sprzęty. Alicja, która wraz z dwiema przyjaciółkami dziennikarkami tworzy grupę Majsterki i współprowadzi kanał na YouTube poświęcony tej tematyce, pokazuje półki w mieszkaniu, zaprojektowane na kilku po- ziomach tak, by koty miały gdzie skakać. Gdy ona majsterkuje w domu, koty non stop jej towarzyszą. To świetna okazja, by podkraść nowe zabawki: a to szpulkę nici, a to kłębek wełny. – Mogą też godzinami oglądać National Geographic, a gdy kładziemy się spać i próbujemy wyłączyć telewizor, słychać oburzone „miau”, które znaczy: „Hej, jeszcze nie skończyłam” – opowiada. Znajomi śmieją się, że koty przejęły panowanie nawet nad pilotem od telewizora. To ostateczny dowód na to, kto trzyma władzę w ich domu.

Tekst: Agnieszka Fiedorowicz