Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska:

Zaskakująco barwny jak na rozgrywający się PRL-owskiej szarzyźnie film o Kalinie Jędrusik z Marią Dębską w roli głównej nie ma aspiracji biograficznych. Nie dowiemy się zatem, że aktorka urodziła się pod Częstochową, że była córką przedwojennego senatora (co ciekawe, również żyjącego w trójkącie – z siostrą żony), ani nie znajdziemy się na planie „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy, w której zagrała pamiętną rolę.

Film nie ma też aspiracji dramatycznych – o tych więcej w niedawno wydanych biografiach, takich jak „Niemoralna. Kalina” Uli Ryciak czy „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną” Remigiusza Grzeli ukazującej ciemną stronę związku Jędrusik i pisarza Stanisława Dygata.

Piszę o tym, bo słychać głosy zawodu, że film Katarzyny Klimkiewicz to zbiór anegdot, że jest powierzchownie i mało intelektualnie. Rozumiem, ale nie podzielam tych opinii. „Bo we mnie jest seks” nie zdradza takich ambicji. To pocztówka muzyczna z lat 60., poprowadzony lekką ręką musical z nutami melancholii, buntu, a czasem rezygnacji. To także konfrontacja z mitem aktorki-seksbomby drażniącej swoim wizerunkiem partyjnych oficjeli z Wiesławem Gomułką na czele. Kobiety, która chciała żyć po swojemu, łamała obyczajowe tabu, klęła i nie miała lekko w siermiężnych latach 60., kiedy toczy się akcja. Ten świat, widziany oczami reżyserki, ale także scenarzystki i operatorki (Weronika Bilska) jest zdominowany przez mężczyzn. Oni pociągają za decyzyjne sznurki, oni reżyserują, zarządzają, oni premiują lub zrzucają z piedestału. Tak jak wzgardzony prezes TVP, który w zamian za czarną polewkę wystawi Kalinie Jędrusik wilczy bilet do telewizji.

Plusem filmu jest jego współczesny ton, w czym niemała zasługa Marii Dębskiej, jednej z najciekawszych polskich aktorek. Jeszcze za rolę w spektaklu dyplomowym pt. „Maria Stuart” w reż. Grzegorza Wiśniewskiego otrzymała Grand Prix dla wybitnej osobowości scenicznej podczas łódzkiego Festiwalu Szkół Teatralnych. Miło patrzeć, jak rozwija swój talent. Dębska zdjęła z Kaliny Jędrusik patynę czasu i przybliżyła tak, byśmy jej bohaterkę polubili. Partnerują jej Leszek Lichota (Stanisław Dygat) i – gratka dla jego muzycznych fanów – Krzysztof Zalewski, czyli Lucek, w związku aktorki i pisarza „ten trzeci”. Dygat zwracał się do niego pieszczotliwie „Pan Kocio”, a że obaj byli fanami piłki nożnej, gdy spotykali się, oznajmiał: „my z Panem Kocio idziemy na mecz”. 

„Bo we mnie jest seks” pokazuje, że piłka była też po stronie aktorki. Ma się wrażenie, że Jędrusik, ze swoim dosadnym „p… ę się z tym, z kim chcę” rzuconym w stronę prezesa reżimowej telewizji pokazuje język nie tylko tamtej władzy, ale każdej, która chciałaby mieć monopol na to, w jaki sposób kobiety powinny dysponować swoim ciałem.   

Ewa Stępień:

Od pewnego czasu filmowcy biorąc na warsztat biografie znanych osobistości nie opowiadają ich całego życiorysu, tylko biorą wybrany fragment. Tak było w przypadku "Jackie", tak jest też w niecierpliwie oczekiwanym "Spencer" (oba tytuły wyreżyserował Pablo Larrain). Podobny zabieg wykorzystała Katarzyna Klimkiewicz w historii o legendarnej Kalinie Jędrusik. Niestety, dziś polska Marylin Monroe lat 60. dla młodszego widza może być zagadką, podobnie postacie historyczne pojawiające się w filmie. Jednak dowiadujemy się, że Jędrusik jest sławną na cały kraj aktorką i wokalistką, obraca się w towarzystwie najwybitniejszych polskich artystów oraz sama żyje w otwartym związku. Wyzwolona jak na tamte czasy gwiazda pije, przeklina, pyskuje i wiecznie chodzi w głębokich dekoltach - a przecież kobieta tamtej dekady powinna być szykowna i skromna, a także oddana rodzinie. Buntuje się, gdy uważa, że to ważne. Nawet gdy cena jest wysoka i może przypłacić za to karierą, co możemy zobaczyć w wątku z dyrektorem telewizji. Mężczyźni ją kochają, a kobiety nienawidzą (co mocno, może nawet trochę za mocno, podkreśla się w tym filmie i to parokrotnie). Mimo tego, widz od razu czuje do niej sympatię. To bohaterka nietuzinkowa od samego początku, świetnie zagrana przez Marię Dębską. Ma się wręcz wrażenie, że to rola napisana specjalnie dla niej, a przecież była to kobieta z krwi i kości. Dębska uwodzi widza i to świetnie jej wychodzi. 

Aktorka mocno wybija się na tle pozostałych postaci, a te są jeszcze mniej zarysowane - jakby po prostu byli statystami Jędrusik/Dębskiej. A szkoda, bo Stanisław Dygat, Jeremi Przybora, Barbara Krafftówna, Tadeusz Konwicki czy Kazimierz Kutz mają przecież tyle do zaoferowania. Również w tej historii. A tu pojawiają się głównie na wspólnych imprezach, za to mąż Kaliny wydaje się być głównie zainteresowany swoimi sprawami. Jest też wątek tego trzeciego, czyli Lucka, ale ta relacja również jest tu tylko delikatnie dotknięta. Aż chciałoby się więcej zobaczyć i dowiedzieć.

Co ciekawe, w "Bo we mnie jest seks" jest sporo kolorów, a przecież okres PRL-u kojarzy nam się raczej ze smutną szarością - to zaskakuje na plus. Scenografia jest jakby zapożyczona z programów telewizyjnych z tamtego okresu. Mamy też wątki musicalowe, ale te są tak sporadyczne, że gdy się pojawiają, często wybijają osobę oglądającą z rytmu oglądania. Jednak bez względu na te niedociągnięcia, warto zobaczyć Marię Dębską na ekranie - za tę rolę aktorka właśnie została doceniona w Gdyni. A postać Kaliny Jędrusik jest dowodem na to, że bez względu na realia, panujący system, czy patriarchat - silna kobieta zawsze będzie kroczyć własną ścieżką.