Właściciele farmy słoneczników Bogle Seeds w Ontario przeżyli prawdziwe oblężenie, gdy w zeszłym roku udostępnili swoje pola turystom. Na początku zainteresowanie przyjezdnych było czymś ujmującym. Ludzie przybywali z najdalszych zakątków Kanady tylko po to, by zrobić sobie zdjęcie na terenie malowniczej posiadłości. Komplementy schlebiały rolnikom, nie widzieli w tym nic niestosownego ani niepokojącego. Jednak pewnego gorącego dnia w środku lata, gdy słoneczniki były w pełnym rozkwicie, na parkingu państwa Bogle – mieszczącym zwykle do 300 aut – pojawiło się ich ponad siedem tysięcy. Wjazd i lokalna droga zostały zablokowane na wiele godzin. Skąd rosnąca popularność rodzinnej farmy? Fani zdjęć z kwiatami przekazywali sobie informacje o tym miejscu przez media społecznościowe. Każdy, kto zrobił fotkę słynnemu już polu słoneczników, wrzucał ją natychmiast do sieci. Inaczej po co jechałby na farmę? Mapkę z dojazdem i wszelkie współrzędne można było ściągnąć od ręki dzięki geotagowaniu. Zgodnie z sugestiami miejscowej policji państwo Bogle zamknęli posiadłość dla zwiedzających. Dziś trzeba z wyprzedzeniem ustalić szczegóły wizyty. Studentka Allie Fischer przyznaje, że pojechała na farmę Bogle Seeds, bo chciała ożywić swoje, jak sama ocenia, smętne konto na Instagramie. – Nie miałam pomysłu na to, jakie zdjęcia wrzucać – wspomina. – Mój profil był mało atrakcyjny, a zdjęcia mało różnorodne. Wymyśliłam podróż na farmę, zakładając, że zdjęcie słoneczników odmieni moje konto – opowiada. Rzeczywiście, profil 21-latki ożył dzięki tej wycieczce. Dziś Allie prócz swojego konta prowadzi jeszcze jedno: Milly – bo tak nazywa się jej ukochany owczarek niemiecki – ma około 600 followersów. 

Codziennie na Instagramie pojawia się 95 milionów nowych zdjęć: chodzi o konta prywatne, sponsorowane i firmowe profile. Walka o lajki i udostępnienia stała się swego rodzaju sportem. Charakteryzuje go ostra rywalizacja. Żaden doping nie jest zakazany. Najbardziej aktywni członkowie instagramowej społeczności potrafią naprawdę wiele zrobić dla wyjątkowego, autorskiego zdjęcia. Niektórzy dla niecodziennego ujęcia ryzykują własne zdrowie, a nawet życie. Wiszą przez godzinę nad przepaścią i robią kilkaset dubli. Albo wyskakują z pędzącego pociągu z włączonym trybem nagrywania. Przykłady można mnożyć, także te zakończone śmiercią. Szacuje się, że od 2011 roku ponad 250 osób zginęło podczas robienia selfie w niesprzyjających warunkach. Mniej zdeterminowani – albo odważni – jak wspomniana wyżej Allie Fischer, wybierają bardziej przyjazne i bezpieczne sytuacje oraz miejsca. Instagramowy (niepisany) savoir-vivre jest jednak bezlitosny wobec tego typu mało atrakcyjnych decyzji: jeśli liczysz na lajki, wrzucając zdjęcia z lokalizacji, która jest dość popularna, przedstaw ją w oryginalny sposób, tak by mimo wszystko mogła wzbudzić zainteresowanie i aplauz. Inaczej twój ślad zginie pośród miliona innych jemu podobnych, jeśli nie takich samych… Zachowawcza Allie nie chciała skakać na bungee czy nurkować z piraniami, ale też nie po to przemierzyła pół kraju, by ostatecznie jej wpis został zmarginalizowany. Chciała pokazać, że i jej życie bywa barwne, radosne i że stać ją na dalekie eskapady. Oczywiście można się zastanawiać, na ile to normalne, że pojedyncza fotka na Instagramie staje się celem samym w sobie i punktem granicznym w egzystencji, nawet tej wirtualnej...

No cóż, we współczesnej turystyce, mierzonej i definiowanej liczbą selfie i hasztagów, nie zadaje się pytań tego typu. Podnosi się inne kwestie, rozważa cyberdylematy na miarę czasów i szybkości transferów (także danych). W listopadzie zeszłego roku właściciele popularnego i cenionego ośrodka narciarskiego w Górach Skalistych, na zachodzie stanu Wyoming – Jackson Hole Mountain Resort – poprosili gości, by zdjęcia wrzucane przez nich do sieci miały wyłączoną funkcję geotagowania. Brian Modena, jeden z dyrektorów zarządzających miejscem, musiał się później z tego tłumaczyć dziennikarzowi z „New York Timesa”. Okazało się, że ludzie trafiający tu na podstawie geotagowania, wcale nie chcą korzystać z dobrodziejstw kurortu ani delektować się specjałami autorskiej kuchni. Przyjeżdżają na moment, by zrobić sobie selfie w wyjątkowym obiekcie, słynącym z eleganckich wnętrz i bajkowych widoków. Po prostu wchodzą, najczęściej stają na tarasie, robią zdjęcie z zapierającym dech w piersiach widokiem w tle, wrzucają je na Instagram, po czym znikają, nie mówiąc nawet do widzenia. Pary chcące upamiętnić niby-spontaniczny moment zaręczyn to oddzielna grupa instagramowych freaków, podobnie jak ekipy telewizyjne bądź internetowe, które w nietuzinkowej scenerii – przede wszystkim w sąsiedztwie gór – chcą nagrywać swoje sponsorowane kontenty. Na niektórych afrykańskich terenach zaczęły nawet pojawiać się specjalne znaki drogowe. Przede wszystkim tam, gdzie jest organizowane safari. Turyści w pierwszej kolejności są proszeni o wyłączanie geotagowania podczas fotografowania nosorożców. Powód? Zdjęcia wrzucane do sieci stają się wskazówką dla kłusowników.

W wielu miejscach na całym świecie zakazuje się używania selfie sticków, zgodnie z oficjalnymi dyrektywami nie można już z nich korzystać w Koloseum czy w Operze w Sydney. Coraz więcej muzeów, galerii, miejsc pamięci i prywatnych kurortów wprowadza tego typu zapis. Selfie stick może być niebezpieczny, zdarzało się, że ktoś komuś prawie wyłupał oko albo – niechcący rzecz jasna – rozpruł jeden z obrazów Picassa (na razie małe, prywatne muzeum malarza w Antibes nie wydało zakazu wchodzenia z selfie stickami). W Mediolanie publiczne robienie selfie jest zakazane (swoją drogą ciekawe, jak to egzekwują…), z kolei w Pampelunie zakaz robienia selfie dotyczy wyłącznie czasu gonitwy byków po wąskich uliczkach miasta. W 2014 roku w południowo-zachodnich Stanach, nad jeziorem Tahoe, pojawił się zakaz robienia selfie z miejscowymi niedźwiedziami (to nie żart). W zeszłym roku w Peru w jednym z ekskluzywnych kurortów przetrzymywano niczym w zoo ponad 20 rodzajów dzikich, egzotycznych zwierząt uprzednio schwytanych i wtrąconych do specjalnych boksów, by goście ośrodka mogli sobie zrobić z nimi selfie. Była to dodatkowa atrakcja wpisana w cennik miejsca (to też nie żart, niestety).
Coraz rzadziej potrafimy docenić piękny widok, niespieszną, kameralną kolację czy długi spacer po dzikiej, nieodkrytej puszczy. Walczymy o lajki i szery podczas każdego z wyjazdów. Skąd wzięła się moda na publikowanie w sieci prywatnych zdjęć i relacji dotyczących często bardzo intymnych przeżyć? Skąd pomysł, że innych może interesować nasz jednostkowy, indywidualny byt? Profesor Jennifer S. Mills z Uniwersytetu York – która od dekady bada wpływ selfie na nasze zachowania – tłumaczy, że to już nie moda, raczej choroba. Cierpimy na przewlekłe uzależnienie od reakcji innych. – To presja, pod którą nieustannie żyje większość użytkowników Twittera czy Instagrama. Trudno to wytłumaczyć komuś, kto nie ma konta w mediach społecznościowych. Ci, którzy wrzucają zdjęcia do sieci, robią to, w 70 proc., po to by zyskać przychylność i aprobatę innych. Nie chodzi o intymne przeżycie, zachowanie wspomnienia czy nowe, nawet ekstremalne doświadczenie – najważniejsza jest rekompensata trudu włożonego w stworzenie oryginalnego ujęcia. To za pomocą selfie – nie rozmowy – opowiadamy dziś o swoim życiu. Zapis na wallu ma przedstawiać naszą egzystencję w wersji luks albo przynajmniej w takim wariancie, w jakim chcemy, by inni nas postrzegali – mówi.

Cody Garcia ma 24 lata i podróżuje po całym świecie. Z tego żyje. A z czego dokładnie? Ze swoich followersów. Jego fotka z Wielkiego Kanionu, na której spaceruje nad przepaścią, z uśmiechem na twarzy kroczy po skalnej krawędzi, patrząc w obiektyw, a nie przed siebie, zlajkowało kilka tysięcy osób, a kolejne tysiące zaszerowały obrazek. Podobnie było, gdy nurkował bez zabezpieczeń na Maui. „To ekscytujące” – opisuje swoje doznania. – Za sprawą selfie możesz dowieść, jak bogate, barwne bywa życie. Może ono stać się wzorem dla milionów ludzi. To daje radość, satysfakcję, nawet spełnienie. Jasne, że uzależnia. Gdy zobaczyłem pierwszy tysiąc swoich followersów, pomyślałem, że fajnie to dopiero będzie, o ile pęknie kolejny. I tak w kółko. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. I pojawiają się sponsorzy – opowiada.  Jennifer S. Mills dodaje, że oczekiwania rosną w miarę użytkowania mediów społecznościowych. Ekscytujące zaczyna być obserwowanie liczby pojawiających się serduszek przy naszym zdjęciu, sama fotka czy pamięć o kulisach jej powstania już tak nie cieszą. Przesunęły się proporcje i zaburzyły wartości związane z określaniem takich pojęć jak szczęście, spełnienie marzeń, adrenalina. Każdy może wyglądać świetnie w wannie wypełnionej pianą w romantycznej scenerii blasku świec (dziękujemy ci, filtrze Crema, za twoje wspaniałe umiejętności), ale gdy wrzucasz zdjęcie z Tajlandii albo Chin, na którym widać Wielki Mur, to sygnalizujesz hedonistycznemu światu kilka bardzo istotnych rzeczy równocześnie, przede wszystkim to, że dotarłaś w odległe miejsce i wiedziałaś, jak to zrobić: twój status, wiedza, finansowe zaplecze lub znajomości ci to umożliwiły. Brawo ty!

 

Jak sprawdzić, czy to już choroba? Czy jeszcze potrafimy cieszyć się ze zwiedzania, poznawania, smakowania, czy już wyłącznie chodzi nam o reakcje innych i o to, by robić wrażenie? Pobłogosławieni hasztagiem, pokrzepieni lajkiem czujemy się lepsi. Nie ma w tym nic złego, ale też nie ma w tym niczego dobrego. Rosnący głód i potrzeba istnienia w formie instagramowej mogą być niepokojące. Jeśli wpadasz na plażę na wyspie Phuket tylko po to, by zrobić zdjęcie i wrzucić je na Instagram – i nawet stopą nie dotkniesz śnieżnobiałego piasku – wiedz proszę, że coś poszło nie tak w twoim prywatnym rankingu rzeczy ważnych i ważniejszych. Musisz umieć celebrować czas niepublicznie, nie na pokaz. Geotagowanie, wszelkie oznaczenia, hasztagi i komentarze – to zawsze zdążysz uruchomić, wrzucając najpiękniejszą nawet fotkę z samego Marsa – jednak te najważniejsze emocje zostaną wyłącznie w twoim sercu, o ile pozwolisz sobie na to, by je przeżyć. Musisz tego chcieć. I dostęp do tych najcenniejszych danych powinnaś mieć tylko ty. Nie wszystko trzeba i należy udostępniać. Zachowaj coś dla siebie, chociażby po to, by móc coś dać z siebie innym. Po trochu. Nie od razu.Wracając jeszcze na moment do Allie Fischer – kiedy wspomniana wyżej bohaterka dowiedziała się, że jedno z pól na farmie Bogle Seeds zostało zadeptane, do swojego instagramowego zdjęcia ze słonecznikami dołączyła link GoFundMe – klikając w niego, można wesprzeć rodzinę Bogle w ich staraniach, by odzyskać część straconych upraw. Pomoc może być finansowa, a także logistyczna. Dlatego pamiętaj: wrzuty i zdjęcia publikowane w mediach społecznościowych mogą służyć szeroko pojętemu dobru, nie tylko zaspokajaniu próżności własnej lub oczekiwań innych. A jeśli chodzi o podróżowanie – wyrzuć selfie stick, najpiękniejsze obrazy zachowasz w głowie, delektując się widokiem. Zapomnij na moment o hasztagach, kup wygodne buty albo analogowy aparat fotograficzny. Pielęgnuj w sobie cierpliwość i umiłowanie prywatności. Szanuj swoje wspomnienia, nie dziel ich z byle kim. I omijaj miejsca po wielokroć szerowane i oznaczane na Instagramie i Facebooku. Odkrywaj nowe. Swoje własne.