Polubiła Pani czerwone dywany?

ALICIA VIKANDER Nigdy nie sądziłam, że są takie długie. Przejście nimi zajmuje godziny, wciąż zaczepiają cię widzowie, ludzie z telewizji, fotoreporterzy, a suknia zawija się o obcas. Kiedyś, jak wybierałam się na wesele, tygodniami myślałam: „W co ja się u licha ubiorę?”. Dzisiaj biorę udział w jakimś nieustającym weselu. 

Skąd się to aktorstwo wzięło? Myślała Pani przecież o balecie. 

Moi rodzice wcześnie się rozwiedli. Spędzając czas u matki aktorki (Marii Fahl Vikander – przyp. red.), poznawałam jej znajomych. Przesiąkłam tym światem, jako siedmiolatka wystawiałam w domu musicale i śpiewałam „Nędzników”. Ale chyba szukałam stabilizacji. Balet był moją ucieczką od wolności. Wejściem w trudny, wymagający świat, w którym nieustannie dąży się do perfekcji, kontroli nad każdym ruchem i gestem. Potem jednak zaczęłam szukać sposobów opowiadania również o ludzkich niedoskonałościach. Jako 15-latka, wbrew regulaminowi szkoły baletowej, zgłosiłam się na casting i pracowałam z Thomasem Alfredsonem, reżyserem „Szpiega” dla telewizji. Ryzykowałam lata pracy, treningów, ćwiczeń. W imię czego? Bałam się, że po trzech miesiącach pomyślę: „Cholera, czy ta ekscytacja była tego warta?”. Ale ona trwa dalej. 

Czyli „Czarny łabędź” jest prawdziwy? 

Czasem ten świat bywa nawet bardziej wymagający niż w filmie. Darren Aronofsky skoncentrował się głównie na abstrakcyjnych problemach. Tymczasem w balecie jest dużo emocji, ale i fizycznego bólu. Walki z sobą, której nie można w żaden sposób pokazać na scenie. Dziewięć lat szkoły nauczyło mnie, jak pracować z ciałem i psychiką. Zrozumiałam, że trzeba zawierzyć intuicji, ale też zawsze być precyzyjnie przygotowanym. 

Odważnie Pani zadebiutowała w kinie. W „Pure” kamera wpatruje się w Panią niemal non stop. 

Nie chciałam udawać przed kamerą egzaltowanej nastolatki albo lolity. Lisa Langseth zaoferowała mi rolę złożonej bohaterki, dzięki której mogłam pokazać wiele aspektów swojego aktorstwa, kobiecości. Na początku nie byłam pewna, czy podołam temu zadaniu. Ale powiedziałam sobie: „Wóz albo przewóz. Jeśli polegnę, trudno, lepiej szybciej odkryć, że się nie nadaję do tego zawodu. A jeśli wypali, będzie wspaniale”. 

Wypaliło. Zaczęła Pani dostawać propozycje z całego świata, w ciągu kilku lat z nieznanej szwedzkiej aktorki stała się Pani międzynarodową gwiazdą. Marzyła Pani o takiej karierze? 

A skąd! Nigdy nie sądziłam, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Chyba jedyną szwedzką współczesną aktorką, której udało się wypłynąć na szerokie wody, jest Noomi Rapace. A „Pure” obejrzało w moim kraju 14 tysięcy widzów, czyli prawie nikt. Oniemiałam, kiedy dostałam propozycję zagrania w duńskim „Kochanku królowej”. Myślałam: „Serio? Wchodzę na międzynarodowy rynek”. To była moja pierwsza rola w obcym języku. 

Nie znała Pani duńskiego? 

Duński i szwedzki są podobne. Ale tylko podobne. Scenariusz czytałam po angielsku. Na castingu opierałam się na słowach, które mają zbliżone brzmienie. Kiedy reżyser Nikolaj Arcel poinformował mnie, że dostałam rolę, tylko kiwnęłam głową, bo nie rozumiałam, co powiedział. Pracowałam z dwoma trenerami wymowy i spędziłam dwa miesiące w Kopenhadze, starając się nie dzwonić do bliskich ani znajomych do Szwecji, by stracić swój prawdziwy akcent. 

A jakby tego było mało, w „Kochanku królowej”, podobnie jak we wchodzącej teraz na ekrany „Tulipanowej gorączki”, wkłada Pani na siebie kostium z epoki. 

Wcielanie się w postacie z historii i legend nie jest najłatwiejsze. Co myślała nastoletnia arystokratka, która znała cztery języki, jeździła po świecie i studiowała filozofię, a nagle ktoś jej aranżował małżeństwo? Na szczęście jako aktorki nie interesuje mnie odtwarzanie minionych czasów. Stroje, wnętrza, miejsca – niech one mówią za siebie. Ja muszę stworzyć wiarygodną bohaterkę. Ze zrozumiałymi dla współczesnego widza emocjami i zachowaniami. Bo nie wydaje mi się, aby ludzkie nadzieje i oczekiwania tak bardzo się zmieniały. Na młodych kobietach wciąż się wywiera straszliwą presję: aby wiedziały, czego chcą, układały sobie życie, dorastały szybciej, niż powinny. 

Wspomina Pani swoje onieśmielenie grą w obcym jezyku. Dzisiaj dzieli swój czas między amerykańskie blockbustery, takie jak „Jason Bourne”, brytyjskie obrazy, jak „Tulipanowa gorączka”, skromne filmy skandynawskie, a nawet rosyjskie superprodukcje. 

To wszystko seria pomyślnych przypadków. „Pure” obejrzał Joe Wright, który obsadził mnie w „Annie Kareninie”, później złożył mi propozycję Siergiej Bodrow, reżyser „Siódmego syna”. Rzeczywiście, widzę, że powstaje miedzynarodowy rynek aktorów. Często mijamy się i spotykamy. Matthiasa Schoneartsa, obok którego gram w „Dziewczynie…”, poznałam na festiwalu w Berlinie, gdy promowałam „Kochanka królowej”. Z Domhnallem Gleesonem braliśmy razem udział w programie „Shooting Stars” w 2011 roku. Teraz mamy na koncie dwa wspólne filmy. 

Pamiętam, jak narzekała Pani na festiwalu w Berlinie, że nie ma domu, bo ciągle jeździ z planu na plan. 

Nawet nie wynajmowałam nigdzie mieszkania. Trzy i pół roku żyłam na walizkach. Dokładniej: trzech dużych walizach, w których woziłam wszystko, czego potrzebowałam. Kopenhaga, Los Angeles, Moskwa. Hiszpania, Chiny, Kanada. Dzisiaj mam bazę w Londynie. Uwielbiam swoją półkę. Mogę coś na niej położyć i kiedy wracam po pół roku, a ta rzecz nadal tam leży, czuję się trochę bardziej zakorzeniona. 

To musiał być wyczerpujący czas? 

Ale również wspaniały. Inaczej nie trafiłabym choćby na rubieże Rosji, gdzie kręciliśmy fragmenty „Anny Kareniny”. Sześć godzin jazdy samochodem od cywilizacji, w tym dwie niemal wyłącznie wśród śniegu i lodu, minus 38 stopni na termometrze, watahy wilków biegających po mroźnej pustyni. Mieliśmy zakaz wychodzenia z domu po siódmej wieczorem, bo facet, który chronił nas przed dzikimi zwierzętami, dostał hipotermii. A w budynku, w którym spałam, było plus dziewięć stopni. Po powrocie do Europy pięć dni się ogrzewałam. Ale widziałam jedno z najpiękniejszych miejsc w swoim życiu. Warto było. No i teraz na sześć tygodni zdjęć potrafię spakować się w jedną walizkę: dwie pary dżinsów, kilka T-shirtów, jakieś kosmetyki i jestem gotowa do podróży. 

To prawda, że kiedy dostała Pani propozycję roli w „Dziewczynie z portretu” Toma Hoopera, za którą zdobyła Pani Oscara, zadzwoniła Pani do ojca?

Zawsze dzwonie. Ale tym razem miało to wyjątkowe znaczenie: ojciec jest psychiatrą wyspecjalizowanym w pracy z ludźmi w ostatniej fazie przygotowań do operacji korekty płci. Ostro ocenia filmy, namiętnie ogląda „Doktora House’a” i zrzędzi, że twórcy coś przekręcili. Po przeczytaniu scenariusza „Dziewczyny…” powiedział: „W tym tekście jest mnóstwo prawdy. Prawdy emocji”. To historia jednej z pierwszych udokumentowanych operacji transseksualnego Einara Wegenera, czyli Lili Elbe. Rola jej żony stała się lekcją. Ludzie dzielili się ze mną doświadczeniem. I znów kostium mi nie przeszkadzał: problemy, z jakimi mierzyła się Lili prawie 100 lat temu, wciąż istnieją. Fizyczna i psychiczna przemoc wobec osób transseksualnych, dyskryminacja, wrogie spojrzenia na ulicach. 

Sukces Pani nie przytłoczył? 

Przez pierwsze dwa, trzy lata szczypałam się na planie, żeby sprawdzić, czy to się dzieje naprawdę. Wciąż towarzyszy mi strach, że dobra passa kiedyś się skończy. Mam lęk przed każdą premierą. Ale i przyjaciół, którzy znają mnie od lat, rodzinę. Dla nich nic się nie zmieniło. Prawdę powiedziawszy, dopiero teraz boję się sukcesu. Bo akurat po kolei wchodzą na ekrany filmy z moim udziałem. A na popularność chyba nie da się odpowiednio przygotować. Zobaczymy, co zrobi ona ze mną. Staram się chować głowę w piasek i dalej intensywnie pracować. 

Nie tęskni Pani czasem za atmosferą „Pure”? 

Wbrew pozorom ta atmosfera towarzyszy mi do dzisiaj. „Ex Machina” to też był niewielki, niezależny film, tylko zdarzyło mu się świetnie pójść w kinach i na festiwalach. Tak samo „Kochanek królowej”. I takich projektów szukam. Nie chodzi mi o skalę, ale satysfakcję. 

Wiele aktorek, zwłaszcza młodych, aby znaleźć wyzwania, musi się oszpecić. Czeka Pani na swoją rolę „Monstera”? 

Mnie uroda nigdy nie szkodziła. Może dlatego, że – jak panu mówiłam – w bohaterkach szukam głównie wad? Śmieszy mnie, gdy w Los Angeles castingowcy patrzą na mnie i mówią: „Te włosy powinnaś czesać inaczej. I włóz coś ładnego”. Serio? Ktoś mi będzie mówił, jakie mam nosić buty? To małe i słabe. Kiedy się poważnie rozmawia o projektach, wkłada się T-shirt. Bo T-shirt jest, cholera, wygodny. I kropka.

Tekst Krzysztof Kwiatowski