Paulina Młynarska, dziennikarka, felietonistka, podróżniczka

Sama w drodze
To była podróż à rebours: wyjechałam do Paryża, mając niecałe 17 lat. Strasznie ­tęskniłam za Polską, więc przy każdej okazji opowiadałam wszystkim, jak tu jest wspaniale. Brzmiało to tak: „Są Tatry, są śniegi, są  sanie, ja jako Oleńka pomykam w futrze, a ty, Francuziku w kusej marynareczce, możesz ­tylko o tym pomarzyć! Tymczasem napij się wódki, którą przywiozłam z tego pięknego kraju”. Po dwóch latach w ramach wielkiej tęsknoty postanowiłam wrócić. Poszłam na plac Zgody i po 24 godzinach męczarni w autobusie wylądowałam w Warszawie. Przesiadłam się do pociągu i pojechałam do naszego domu w Kościelisku, gdzie miała się urzeczywistniać ta cała baśń. Tymczasem w domu zimno, na zewnątrz buro, wieje halny, pada deszcz. Nie mam pieniędzy, palę w kominku starym gontem, czytam książki, właściwie nikogo nie spotykam, ale o dziwo – z każdym dniem jest mi coraz lepiej. Mam 19 lat i odkrywam bycie w podróży wewnętrznej, do siebie. Nie jest mi źle ani smutno, nie jestem też euforycznie szczęśliwa, jest mi tak pośrodku. Łapię kontakt z sobą. Niestety – ponieważ po pijaku opowiadałam bajki Francuzom, jeden z nich się skusił i przyjechał. Wyszłam po niego w środku nocy na stację, patrzę – idzie, a ja go w ogóle nie kojarzę! Na szyi ma kalesony zawiązane jako szalik, więc już wiem, że nie będzie romantycznie, że nie przyjechał do mnie żaden Brad Pitt ani Alain Delon! Zgarnęłam go do domu i myślę: „Nie znam człowieka, może mnie tu zgwałci albo zabije?!”. Nie zgwałcił mnie ani nie zabił, za to ciągle gadał, nawet przez drewnianą ścianę w domu, sepleniąc. Rano robił sobie francuskie śniadanie – moczył chleb w kawie i z tym chlebem w ustach cały czas do mnie mówił. Szybko stwierdziłam, że muszę się go pozbyć, więc powiedziałam mu, że niedługo muszę stamtąd ruszyć i proszę, żeby on też wyjechał. Udało się, mogłam wrócić do swojego trybu. Byłam tam miesiąc i nauczyłam się najważniejszej rzeczy na świecie: że własne towarzystwo jest bardzo OK. Od tamtej pory nie boję się samotnie podróżować. Potem samą siebie w tej kwestii boleśnie zdradziłam. Na szczęście przez cały czas ta 19-letnia dziewczyna, która umiała być sama z sobą, wszystko obserwowała i w odpowiednim momencie potrafiła wparować i krzyknąć: „Dosyć tego! Potrafisz być sama, potrafisz być spokojna, nie musisz spełniać niczyich warunków”, była we mnie. Minęło wiele lat, w tym roku kończę 49. I gdyby mnie dziś ktoś zapytał, jaka jestem w podróżach, to powiedziałabym, że właśnie taka jak wtedy. Nie oczekuję wygód, jestem spokojna, dobrze mi samej. I cieszę się momentami, kiedy jestem w bezruchu. Musiałam przejść długą drogę, żeby świadomie wrócić do czegoś, co było mi dostępne już wtedy. Ale dopiero teraz umiem to docenić. 


Agnieszka Maciejak, projektantka mody

Poza trendami w Islandii
Pięć lat temu z dwiema koleżankami podczas koncertu na festiwalu muzycznym spontanicznie zdecydowałyśmy, że lecimy na Islandię. Żadna z nas nic o niej nie wiedziała, ale marzyłyśmy o miejscu, które jest egzotyczne, a jednocześnie w miarę blisko. Ja dodatkowo byłam przeciążona pracą, miałam kryzys, potrzebowałam odpoczynku. I nagle znalazłam się na innej planecie: to był listopad, miesiąc, w którym Polacy wybierają cieplejsze kierunki, a my wylądowałyśmy w północnym klimacie, zahipnotyzowane przyrodą, wyrafinowanym krajobrazem – surowym i jednocześnie obezwładniająco pięknym. Leżałyśmy w gorących źródłach przy minus 10 stopniach, a na nasze twarze padał śnieg. Nie przewidziałam jeszcze jednego zaskoczenia: jechałam tam lekko przemęczona modą i w tym kontekście Islandia okazała się po prostu doskonała. Bo ludzie tam kompletnie nie przywiązują wagi do tego, co mają na sobie. Przemysł modowy nie istnieje. Czy może być coś bardziej odświeżającego dla osoby, która na co dzień żyje trendami? 

Barbara Nowacka, działaczka feministyczna, informatyczka, liderka lewicy

Odkrywanie Japonii

Po latach nauki języka i czytania o kulturze Japonii wreszcie tam pojechałam. I po kilku chwilach zrozumiałam, że zawsze będę tam obca. Wcześniej myślałam, że to kraj high-techu, sterylności, robotów i  w dużej mierze oczywiście tak jest, ale nie miałam pojęcia, że jego kultura będzie aż tak niezrozumiała dla Europejczyka. Najbardziej zaskoczyło mnie, że za każdym robotem stoi człowiek. Kupowałam bilet do metra w automacie, który się zacinał, a kiedy próbowałam go naciskać, nagle z boku otwierało się okienko i wychylała się głowa! Inne zdziwienie: rola kobiet. Kobiety bywają tam bardzo wyemancypowane, szczególnie w sferze seksualności: mają pisma erotyczne na takim samym poziomie jak dla mężczyzn. I tak samo dostępne. Jednocześnie patriarchat jest dużo silniejszy – młode Japonki dowiadują się w pewnym momencie od pracodawcy, że już czas na rodzenie dzieci, i są zwalniane z pracy. Mnóstwo kobiet wciąż chodzi w tradycyjnych kimonach. To zresztą ­fascynujące: na ulicach widać bardzo przerysowane, komiksowe dziewczyny, eleganckie panie w garniturach i kobiety w kimonach, często wychodzące z tej samej firmy! Dobrze zapamiętałam też zapach tego kraju: wilgoć i piasek. Nowo­czesne domy sąsiadują z bardzo starymi, porośniętymi roślinnością, która przedostaje się wszędzie przez wilgoć. A największe odkrycie kulinarne to sfermentowana fasola – nikt jej nie lubi, bo niezbyt pięknie pachnie, ale za to jest bardzo zdrowa. No i onsen: łaźnia japońska. Najpierw trzeba się starannie namydlić i myć przez kilkanaście minut myjką pod prysznicem, tworząc ­gigantyczną pianę. Dopiero potem wchodzi się do gorącej kąpieli. Na własnej skórze można się przekonać, jak niestarannie myjemy się w Polsce!

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez ORSKA (@annaorska) Cze 13, 2019 o 10:07 PDT

Anna Orska, projektantka biżut
Szlifiernia w Indiach

Dwa razy do roku wyjeżdżam na miesiąc i uczę się rzemiosła w wybranym warsztacie, by potem wykorzystać je w swoich projektach. Pierwsza była szlifiernia w Indiach. Od tego momentu funkcjonuję w lekkim uzależnieniu. Byłam w Nepalu, Meksyku, Indonezji, Wietnamie, jeszcze w tym roku chciałabym pojechać do Peru. Największą wartością dla mnie jest to, że przemieszczam się po różnych miejscach, często wsiach, zawsze z plecakiem i bez większego planu. Szukam takich warsztatów, w których mogę się zatrudnić i spać. W Wietnamie mieszkałam na zapleczu warsztatu modernistycznego malarza, w Nepalu w klasztorze dla młodych chłopców szkolonych na mnichów, w Indonezji w gospodarstwie sąsiadów. Dzięki temu szybko wchodzę w kulturę, przez kilka tygodni jestem częścią życia ludzi, których tam poznaję – jem z nimi, pracuję i świętuję. A oni wspaniale mnie przyjmują: najpierw uważniej obserwują, a po kilku dniach zaczynają uśmiechać się na ulicy i czuję ich przychylność, wiem, że mnie akceptują. Wszystko to otwiera myślenie na dwóch poziomach. Zawodowym, bo jako projektantka dużo się uczę – w Nepalu wszystkie narzędzia do kolekcji robiliśmy sami. I osobistym: poznaję ludzi i zupełnie inny tryb życia. A potem wracam i zaskakują mnie najprostsze rzeczy. W Nepalu przez miesiąc myłam się w lodowatej wodzie. Tu odkręciłam prysznic i byłam pewna, że leci z niego herbata! Tak nieprawdopodobna wydawała mi się ciepła woda.

Iza Klementowska, reporterka i dziennikarka
Listy z Portugalii

Kilka lat temu miałam trudny moment: nawarstwiło mi się mnóstwo rzeczy zawodowych i osobistych, nie byłam w najlepszej formie. Potrzebowałam odskoczni, więc pomyślałam, że wyjadę gdzieś, gdzie nie będę rozumiała języka. Miałam lecieć na Sardynię – wykupiłam już wycieczkę, bo chciałam, żeby dla ­odmiany ktoś się mną zajął, ale na lotnisku dopadły mnie wątpliwości. Czasem tak jest, intuicja ci podpowiada: „Nie tędy”. Spojrzałam na tablicę od­lotów, znalazłam Lizbonę. Kupiłam bilet i poleciałam. Portugalskiego nie rozumiałam ni w ząb, ale ta podróż odmieniła moje życie na każdym poziomie. Spędziłam tam dwa tygodnie i im bardziej nie rozumiałam Portugalczyków, tym bardziej chciałam ich jednak zrozumieć. Jestem introwertyczką, więc spodobało mi się, że pierwszy kontakt z nimi to uśmiech, ale jednak z dystansem. Szybko znalazłam targ Feira da Ladra – pośrodku jest wielki antykwariat, połowa tego antykwariatu to skrzynki, a w nich stare zdjęcia, pocztówki i listy. Zaczęłam je oglądać, niesamowicie mnie to wciągnęło i zaciekawiło, dlaczego ludzie sprzedają w takich ilościach pamiątki rodzinne. Wracałam na targ regularnie. Potem wyjechałam, ale zabrałam z sobą listy i zdjęcia. I natychmiast zaczęłam uczyć się portugalskiego. Wracałam tam wielokrotnie. Aż w końcu o Portugalii napisałam książkę! 


Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna

Serce nad Bałtykiem
Mieszkam pod Warszawą, więc spędzam w samochodzie średnio trzy godziny dziennie. Przemierzam trasę między dwoma różnymi punktami rzeczywistości: domem i pracą. Często wiąże się to ze staniem w korkach, mam wtedy do wyboru: przeklinać na czym świat stoi albo spróbować ten czas jakoś wykorzystać. Wybieram to drugie, dlatego na ostatnie, 50. urodziny poprosiłam przyjaciół, żeby nagrali mi swoją muzykę. Teraz jej słucham, w sposób absolutnie wolny. I myślę, układam siebie emocjonalnie. Nie dzwonię do nikogo, nie słucham audiobooków, bo nie chodzi o to, by czymś zająć uwagę, tylko o to, by stworzyć przestrzeń dla uważności. Trzymam kierownicę, więc zarządzam wszystkim. Oczywiście poza tą zagadką, co się może zdarzyć. Dobrze zdaję sobie z tego sprawę, bo mój tata zginął w wypadku samochodowym. A wcześniej oddał mi swój stary samochód. Tamtego auta już nie mam, ale został mi sentyment i przeświadczenie, że to moja kapsuła do podróżowania. W samochodzie odbyłam najważniejsze rozmowy z córką. Poza tym moje serce jest nad Bałtykiem. Z pierwszym chłopakiem, wielką miłością, obeszliśmy całe wybrzeże. Mieliśmy po 17 lat, zajęło nam to kilka tygodni. W milczeniu, z ciężkimi plecakami, po prostu szliśmy. Tylko my, natura i przestrzeń. To ukształtowało moją tożsamość. I w chwilach dramatów osobistych, bez względu na porę dnia czy nocy, jadę tam i spędzam tyle czasu, ile mogę. A potem wracam już poskładana. To jest dla mnie podróż.
 

Tekst: Marta Szarejko